• madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:34
      Wodnik mieszkający w Psinie w Baboro
      wie miał trzy córki, które często chodziły na tań
      ce. Pewnego razu spodobały się trzem chłopcom,
      z którymi wiele przetańcowały. Gdy dziew częta
      chciały pójść do domu, chłopcy zapragnęli im
      towarzyszyć, aby zobaczyć gdzie mieszkają.
      Dziewczęta jednak nie chciały, aby je odprow a
      dzać. Jednak jeden z chłopców potajemnie po
      szedł za nimi. Gdy dziewczyny weszły do wody,
      jedna z nich uderzyła rózgą w wodną taflę, po
      czym rzeka się rozstąpiła i wszystkie trzy zeszły
      do podwodnego mieszkania. Więcej nikt ich nie
      zobaczy
    • madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:38
      Mówią, że na wzgórzu Bursztet, w le-
      sie koło Radyni daw no temu stał zamek, z
      którego rycerz Dobiesz obserwow ał okolicę.
      Po nim miała zostać nazwana wieś Dobie-
      szów'. Po grodzisku na Bursztecie zachowały
      się resztki umocnień ziemnych. Są pod opie
      ką konserwatora zabytków.
    • madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:43
      Po pobycie wojsk szwedzkich podczas
      wojny 30-letniej (1618-1648) na Śląsku pozostały
      jako pamiątki szańce. Jednak, jak tw ierdzą ucze
      ni, są one starsze i ukrywają stare pogańskie po
      chówki. Taki szaniec jest w Nasiedlu. drugi zo
      stał usypany ponoć przez Szwedów, którzy nosi
      li ziemię w kapeluszach. Znajduje się on między
      Dworem Anny (Annahof) a Kietrzem. Następne
      dwa. mające kształt kurhanów otoczonych wała
      mi znajdują się na południowy zachód od Kie
      trza. koło Lubotynia. Tamtejsi ludzie wierzą, że
      kryjąone szczątki wodzów tatarskich. Piąty i szó
      sty szaniec znajdują siękoło ruin kościoła św.
      Mikołaja we Włodzieninie. Mieszkańcy Włodzie-
      nina twierdzili, że jeden z tych szańców otacza!
      zamek rycerza-rabusia. Ludzie sądzili także, że
      sam kościół św. Mikołaja, obecnie w ruinie, jest
      szwedzki, dlatego zwano go szwedzkim. Powstał
      on jednak na długo przed przybyciem Szwedów.
    • madohora Re: Legendy 02.02.23, 15:29
      https://fotoforum.gazeta.pl/photo/1/rb/qa/wzpg/uOqAO9LQZMg5pSRsX.jpg
    • madohora Re: Legendy 12.04.23, 19:09
      Tafi, florentyński mistrz pendzla i dłuta, odczuwał nie-
      zmierny strach przed złymi duchami, zwłaszcza w tych go-
      dzinach nocnych, kiedy dozwolonem jezt czartom rządzić i
      panować w cieniach mroku. Bojażń ta była uzasadnioną,
      gdyż siły piekielne miały za co nienawidzić malarzy, którzy
      kilku pociągnięciami pendzla psuli im połów dusz bardziej,
      niż jakiś tam wymowny mnieszek całymi tuzinami nauk
      zbawiennych. W rzeczy samej mnich zmuszonym był jroz-
      wodzić się długo i szeroko o dniu gniewu pańskiego, w
      którym, zgodnie z przepowiedniami Dawida i Sybilli, świat
      cały w perzynę się obróci. Podnosił więc kaznodzieja głos,
      huczał w złożoną jak tuba dłoń, starając się naśladować
      odgłos trąby archanielskiej. Wiatr jednak rozpraszał słabe
      te dźwięki. Co innego obraz na murze klasztoru lub ka-
      plicy, wyobrażający Chrystusa, sądzącego żywych i umarłych:
      widok ten nieustannie przemawiał do oczu grzeszników, po-
      budzał ich do żalu i siu uchy, a tern samem wpływał zba-
      wiennie na obyczajność i moralność. W owych czasach zna-
      komici mistrze przedstawiali we florentyńskich i pizańskich
      kaplicach obrazy Sądu Ostatecnego. Wzory do tych prac
      czerpali z opowieści Dantego Alighieii, człeka dokładnie
      obeznanego z teologią i prawem kanoniczęm, który na wła-
      sne oczy oglądał dobre i złe duchy podczas słynnej swej
      wędrówki po piekle, czyśćcu i niebie, dokąd udało mu się
      przedostać dzięki nadzwyczajnym zasługom swej damy serca.
      Obrazy owe były nader pouczające i wierne prawdzie, to
      też śmiało twierdzić możemy, iż czytanie najobszerniejszych
      i najwymowniejszych traktatów moralnych nie obfitowało
      w tak zbawienne skutki, jak oglądanie arcydzieł pendzla.
      Więc mistrze florentyńscy wysilali się, aby przedstawić taką
      naprzykład scenę: w cieniu drzew pomarańczowych, na
      kwietnej łące grono pięknych dam i wytwornych kawalerów
      prowadzi przy akompaniamęcie lutni ożywioną rozmowę o
      miłości, a opodal widać śmierć, skradającą się do nich ze
      swą nieodłączną kosą. Był to najlepszy sposób nawracania
      grzeszników ciała, spijających z ust kobiecych rozkosz i za-
      pomnienie o Bogu. Aby naprawić skąpców, mistrz wyo-
      brażał djabłów maturalnej wielkości, lejących strugę rozto-
      pionego złota do ust jakiegoś biskupa lub przeora, który
      ośmielił się źle wynagrodzić pracę malarza. Mieli więc
      djabli za co nienawidzić malarzy, zwłaszcza najcelniejszych
      mistrzów florentyńskich, ci bowiem przedstawiali czartów w
      Postaci ohydnych potworów z ptasiemi lub rybiemi gło-
      dami, tułowiem węża i skrzydłami nietoperza. Przygoda
      ^Pinelli daje nam wyobrażenie, jak się na to zapatrywali
      czarci.
      Spinello Spinelli z Arezzo pochodził ze szlachetnego
      niegdyś skazanego na wygnanie z florencji. Szla-
      P mość umysłu jego równą była szlachetności pochodzenia,
      ył to jeden z najznakomitszych mistrżów swej epoki. Wy-
      konał on monumentalne prace w kościołach florentyńskich,
      a Pizańczycy powierzyli mu upiększenie murów klasztornych.
      Pod koniec pracowitego żywota swego, kiedy miał już sporo
      zaoszczędzonego grosza, zapragnął Spineilo wrócić do swego
      rodzinnego miasta, sławnego Arezzo. Przyjęto go tam z
      należnymi honorami, gdyż obywatele zachowali pamięć o
      tern, jak za młodych lat swych Spinello, członek bractwa
      Panny Marji Miłosierdzia, odwiedzał chorych i grzebał
      umarłych podczas srogiego pomoru w roku 1383. Wdzięczni
      mu też byli za to, iż wiekopomnemi dziełami swemi roz-
      powszechnił szeroko i uczynił sławnem w całej Toskanji
      imię miasta Arezzo, zgotowali mu więc wielce uroczyste
      przyjęcie, i powrót jego podobnym był do pochodu tryum-
      falnego. Osiedliwszy się w Arezzo, przyjął na się Spinello,
      pomimo podeszłego wieku, bardzo ważne i odpowiedzialne
      obowiązki obywatelskie. Często mawiała mu żona:
      — Jesteś zamożnym. Odpocznij, niech tworzą młodsi.
      M .drze czynią ci, którzy w jesieni żywota swego zaznają
      dobrze zasłużonych wczasów, albowiem godzi się, by lata
      sędziwe płynęły w spokoju i pobeżnem rozpamiętywaniu.
      A to malowanie, malowanie do nieskończoności, wznoszenie
      budowli świeckich, istnych wież babilońskich, to jest za-
      prawdę kuszeniem Pana Boga. Powiadam ci, Spinelo, od-
      leci cd twej duszy spokój, jeżeli nie zaniechasz pendzla i
      dłuta.
      Tak mówiła cnotliwa niewiasta. Spinello jednak nie
      słuchał jej, a myślał wciąż o przysporzeniu nowych duka-
      tów swej szkatule i nowych wawrzynów wieńcowi swej
      sławy.
      To też, zamiast pójść za radą małżonki i zaznać roz-
      koszy wypoczynku, zawarł umowę z budowniczymi i z za-
      pałem zabrał się do wykonania malowideł w Sant Angello.
      Zamierzał przedstawić całą historję Michała archanioła, a
      to wymagało umieszczenia na murze,mnóstwa figur. Od-
      czytywał stosowne ustępy z Pisma Świętego, które miały
      dać mu natchnienie do tej pracy, zagłębiał się w znaczenie
      każdego wiersza, każdego słowa. Całe dnie spędzał w
      swej pracowni, a nawet zasiadając do stołu, lub udając się
      na spoczynek, natężał myśli w kierunku swego dzieła. Wie-
      czorami, przechadzając się u stóp wzgórza, na którem wzno-
      szą się potężne mury i strzeliste baszty Arezzo, nie poz-
      walał odpocząć spracowanej swej głowie, lecz wciąż ob-
      myślał szczegóły zamierzonej pracy.
      Gdy dzieło dojrzało juz w zupełności w umyśle jego,
      zabrał się do szkicowania czerwonym ołówkiem na murze
      poszczególnych figur. Nad wielkim ołtarzem umieścił naj-
      wspanialszą, najpotężniejszą scenę: Michał archanioł stacza
      zwycięską walkę ze smokiem o siedmiu głowach i dziesię-
      ciu rogach, a pod stopami rycerza niebios wije się na-
      dtiptany książę piekielny Lucyfer, wyobrażony w postać
      najohydniejszej, jaką można sobie przedstawić poczwary.
      Postacie z pod pewnej ręki mistrza zdawały się wychodzić
      żywe, a najlepszą, najpełniejszą wyrazu była przejmująca
      zgrozą postać Lucyfera. Twarz jego była tak ohydną, tak
      potworną w swej bezsilnej wściekłości, że wżerała się głę-
      boko w wystraszoną duszę widza, i długi czas prześlado-
      wała wyobraźnię każdego, kto chociaż raz na nią spojrzał:
      nic więc dziwnego, że i twórca miał ją wciąż przed sobą,
      czy to na ulicy, czy w domu.
      2 nadejściem nocy udał się Spinello do sypialni, po-
      łożył się obok żony i zasnął. We śnie ukazał mu się anioł
      również piękny, jak i Michał, lecz cały czarny od stóp do
      głowy. I rzekł czarny anioł:
      — Spinello! Jestem Lucyfer. Przypatrz mi się. Czyż
      oglądałeś mię gdziekolwiek i kiedykolwiek w postaci tak
      ohydnej i upokarzającej, jak ta, w której przedstawiłeś mię
      na swem malowidle?
      Drżącym z trwogi głosem odrzekł sędziwy mistrz, że
      nigdy nie oglądał go oczami, gdyż nie był w piekle, jak
      Dante Alighieri, a nadał mu odstraszającą postać jedynie
      w tym celu, aby uwidocznić całą ohydę grzechu.
      Lucyfer wzruszył ramionami, a biednemu mistrzowi
      zdawało się, źe to całe wzgórze San-Geminiano wzniosło
      się nagle ku niebiosom i opadło z powrotem.
      — Spinello, — rzecze Lucyfer — posłuchaj ranie i od-
      powiedz na me pytania. Jestem niezłym djalektykiem; wie
      o tern Ten, przed którego stony zanosisz modły twe.
      Spinello milczał, a Lucyfer ciągnął dalej:
      — Czytałeś księgi, w których mowa o mnie, znasz
      więc me dzieje, wiesz, jak porzuciłem niebo, by zostać
      księciem wszechświata. Był to czyn potężny i byłby je-
      dynym, nie mającym sobie równego w wiekach, gdyby
      nie Giganci, którzy w podobny sposób powstali przeciw
      bogu Jowiszowi. Widziałeś przecie tę scenę, rzeźbioną
      w marmurze starożytnego grobowca...
      — Prawdę rzekłeś, — odpowiedział Spinello — wi-
      działem grobowiec ten, podobny do skrzyni, w Santa Re-
      parata we Florencji. Jest to wspaniała spuścizna po Rzy-
      mianach 1
      A — jednak — mówił z uśmiechem Lucyfer — nie
      przedstawiono tam bynajmniej buntowniczych Gigantów w
      postaci ropuch lub smoków.
      — I słusznie — wtrącił malarz — podnieśli oni bo-
      wiem ręce na bożka pogańskiego, a nie jedynego i praw-
      dziwego. To zasadnicza różnica. A ty, Lucyferze, podnios-
      łeś sztandar buntu przeciw prawdziwemu Panu ziemi i nie-
      bios. Tak było niewątpliwie.
      — Przypuśćmy — odrzecze Lucyfer. — Ile więc
      rozmaitych grzechów wkładasz za to na mnie?
      — Z zupełną pewnością siedm, i to samych grzechów
      śmiertelnych.
      — Siedm I — zawołał anioł mroków. — Znów więc
      liczba
    • madohora Re: Legendy 12.04.23, 19:47
      W tej samej chwili piekielny śmiech
      zabrzmiał w uszach architekta: poznał
      on śmiech szatana; uniknąwszy sześciu
      grzechów śmiertelnych, wpadł nareszcie
      w grzech pychy.
      Architekt co tchu poskoczył z pa-
      łacu do kościoła świętego Gereona, gdzie
      spodziewał się znaleść Ojca Klemensa;
      lecz O. Klemens umarł w nocy gwałto-
      wnym uderzony paraliżem. W chwili,
      gdy mu powiedziano o tern, usłyszał
      powtórnie śmiech szatański, który go
      był przeraził, a dreszcz ogarnąwszy
      wszystkie jego Członki, przeniknął aż do
      serca i ściął je lodem.
      Zebrał atoli swoje siły, a że nie do-
      świadczał bólu fizycznego, odzyskał po-
      woli odwagę i postanowił wrócić do ka-
      tedry, spodziewając się, że zapał jaki
      znajdował za każdym razem, kiedy zbli-
      żał się do swego dzieła, rozegna resztę
      trwogi zatajonej w głębi jego serca.
      Artysta zapuścił się w rozległe mú-
      ry swego kościoła, ale uczuł wkrótce,
      że mu brakuje powietrza i doświadczał
      duszenia jakby w grobie, wyszedł zatem
      na sam szczyt wieży, zkąd zwykle przy-
      patrywał się całemu ogółowi robót.
      Żadna nie zaszła zmiana, każdy b}ł
      przy swojej robocie i pilnie pracował
      aż do godziny odejścia; wreszcie wy-
      biła ta godzina, gdy dzień zbliżał się
      ku wieczorowi. Architekt słyszał jak
      robotnicy odchodzili śpiewając, urado-
      wani ze swego dnia.
      Został wtedy sam jeden według zwy-
      czaju, bo zawsze, jakeśmy mówili, po-
      wracał on ostatni.
      Słońce zachodziło majestatycznie,
      oświecając już tylko najwznioślejsze
      dachy. Wkrótce rzeka i miasto pogrą-
      żyły się w zupełną pomroKę; lecz jesz-
      cze niejaki czas szczyt wieży, który
      wszelako dosiągł ledwie połowy swojej
      wysokości, oblewała światłość, i artysta
      śród jej promieni, rozmyślał z dumą, że
      kiedy wieża dosięgnie zakreślonej wy-
      sokości, podobna będzie do płonącej la-
      tarni morskiej. Nakoniec słońce opuś-
      ciło powoli szczyt kamienny, i architekt
      uważał, iż czas już zstąpić na dół.
      Ale nadaremno szukał przystawionej
      drabiny, już jej nie było.
      Wypadek ten nie miał w sobie nic
      nadzwyczajnego, gdyż który z robotni-
      ków mniemając, że architekt odszedł,
      mógł odjąć drabinę. Wszelako, w oko-
      licznościach, w jakich architekt się znaj-
      dował, niespokojnością go to nabawiło,
      najprzód, według swego zwyczaju lekko
      posilił się na śniadanie, a będąc wezwa-
      nym do Arcybiskupa około godziny
      drugiej, zapomniał całkiem o obiedzie.
      Głód przeto doskwierać mu zaczął; przy-
      tem był to miesiąc Październik, nocy
      chłodne; szukał więc sposobu znijścia
      z wieży, ale jakkolwiek był zręczny, zu-
      pełne było niepodobieństwo. Żaczął
      przeto wołać o pomoc, ale zanim chwy-
      cił się tego środka, więcej godziny stra-
      wił na nippożytccznych, usiłowaniach,
      ulice już były puste, a głos jego, o czem
      on sam nie umiał sobie zdać sprawy,
      stał się tak okropnym, iż mała liczba
      przechodzących, którzy go słyszeli, za-
      miast zatrzymania się, przyspieszali
      kroku, strwożeni nocnym i nieznanym
      krzykiem.
      Architekt przeto uzbroić się musiał
      w cierpliwość. Szczyt wieży był płaski i otwarty. Na domiar nieszczęścia
      około godziny jedenastej, straszliwa po
      wstała burza. Niepodobna było zasnąć;
      artysta musiał siedzieć, gdyż od czasu
      do czasu tak gwałtowny wiatr uderzał,
      że stojącego, ponieważ nie było poręczy,
      zrzuciłby z wieży: burza wzmagała się
      coraz silniej.
      O pół do dwunastej rozciągnęła się
      ona nad Kolonią, słyszeć się dał od-
      głos piorunu. Niekiedy błyskawica, któ-
      ra zdawała się przedzierać aż do osta-
      tecznych głębokości niebios, roztwierała
      owo morze chmur, i na chwilę objaś-
      niała miasto i rzekę fantastycznym blas-
      kiem. O trzy kwadranse na i 2-stą wszy-
      stek ów ocean wyziewów pędzony wi-
      chrem gwałtownym ku katedrze, zatrzy-
      mał się na jej szczycie, podobnie, jak
      niekiedy chmury osiadają na wierzchoł-
      kach gór. Architekt ujrzał się wtedy
      w samym środku burzy. Pioruny grzmia-
      1}' u jego ucha, błyskawice krzyżowały
      się do koła.
      Skoro północ wybiła, dał się słyszeć
      gwar osobliwszy i nieznany; nieznośny
      zapach siarki rozszerzył się wszędzie,
      i kiedy zegar na kościele świętych Apo-
      stołów uderzył raz ostatni, śmiech tak
      dobrze znajomy artyście dał się słyszeć.
      Architekt obejrzał się i znalazł przed
      sobą szatana.
      Teraz on był w mocy' swego nie-
      przyjaciela.
      Architekt zrozumiał że jest zgubiony’,
      niepodobnem było uciekać. Ale gdy
      szatan wyciągnął rękę ku niemu, co-
      fnął się na krok wstecz, co mu dało
      czas do odmówienia aktu skruchy7 i żalu
      za grzechy. Szatan postrzegłszy, że du-
      sza jego powtórnie wymknie się mu
      z rąk, poskoczył ku niemu, i dotknąw-
      szy się go palcem, strącił z wierzchoł-
      ka wieży.
      Ale jakkolwiek szybkiem było to po-
      ruszenie, modlitwa miała dość czasu
      do dojścia do tronu Boga, i kiedy zły
      duch rzucił się za swoją ofiarą, aby7 ją
      porwać do piekła, ujrzał tę duszę na ręku
      dwóch aniołów niosących ją do nieba.
      Szatan przez chwilę pozostał w oslu
      pieniu. Potem rzuciwszy się w ślad za
      posłańcami niebieskimi, przebiegł koło
      nich z szybkością wichru, cisnąwszy
      raz jeszcze tej biednej duszy owe słowo,
      które tak udręczyło jej ciało: »Niezna-
      ny! nieznany!«
      Rzeczywiście spełniła się przepowie-
      dnia szatana; przerwami budowa kate-
      dry pozostała w tym stanie, w jakim ją
      zaskoczyła owa noc nieszczęśliwa, bo
      kiedy kończyć ten gmach chciano, nie-
      podobna było znaleść planu, a jakkol-
      wiek troskliwe były poszukiwania uczo-
      nych, nie odkryto już nigdy nazwiska
      architekta.
      Biedna dusza wie w niebie, że za-
      pomniano o niej na ziemi ; — a to jest
      karą jej pychy.
    • madohora Re: Legendy 04.05.23, 17:56
      Graal (także Święty Graal) – tajemniczy przedmiot (najczęściej kielich lub misa) występujący w legendach arturiańskich. W niektórych ich wersjach jest to kielich, którym posłużył się Jezus Chrystus w czasie Ostatniej Wieczerzy, a później użyty przez Józefa z Arymatei do zebrania krwi Jezusa po ukrzyżowaniu.
    • madohora Re: Legendy 04.05.23, 19:19
      Legenda o karczmarce z Nakomiad
      Edytuj
      Właścicielka karczmy w Nakomiadach bardzo często oszukiwała klientów. W razie gdy się ktoś zorientował, że jest oszukiwany na świadka wołała diabła. Diabeł musiał poświadczać, że oszustwa nie było. Przywoływania diabła były tak częste, że w końcu ze złości zamienił karczmarkę w kobyłę. Diabeł pojechał w nocy na karczmarce do Czernik, aby ją tam podkuć u kowala. Kowal zauważył, że coś tu nie tak – kobyła ludzkim głosem mówi. Opóźnił podkuwanie do czasu piania kogutów, kiedy to moc czartowska mija. Gdy koguty zapiały kobyła zamieniła się w kobietę. Na pożegnanie diabeł ją tak kopnął, że wkrótce zmarła.
    • madohora Re: Legendy 04.05.23, 19:45
      Dawno temu do pałacu dotarł ranny oficer, którym się zaopiekowano, a szczególną troską otaczała go córka zarządców majątku. Opieka przerodziła się w uczucie, które także żołnierz żywił do szlachcianki, co z czasem przerodziło się w wielką romantyczną miłość. Oficer jednakże bardziej niż kobietę kochał wojnę i po krótkim pobycie wyjechał. Zrozpaczona panna, nie mogąc znieść żalu i rozpaczy, rzuciła się z okna na schody, na których do dziś widnieje zarys jej odbitego serca
    • madohora Re: Legendy 04.05.23, 20:02
      https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/4/44/2009-07_Nakomiady_3.jpg/320px-2009-07_Nakomiady_3.jpg
    • madohora Re: Legendy 04.05.23, 23:52
      Legenda o „Diabelskim Kamieniu”

      Mieszkał kiedyś w Bisztynku ubogi szewc; los nie poskąpił mu tylko dzieci. Było ich tyle, że kiedy urodziło się ostatnie, nie miał już kogo prosić na kuma. Martwił się tym wielce szewczyna, praca mu nie szła, powędrował więc do miasta. A nuż się jakaś rada znajdzie ? Minę miał taką strapioną, że przechodzący właśnie nieznajomy młodzieniec spytał go, czym tak się frasuje. Chłop chętnie zwierzył się ze swojej troski. – No to ja ci będę kumem – rzekł na to młodzieniec. – Ale jak chłopak szkoły ukończy, to przyjadę po niego. Uradował się szewc – nie tylko znalazł kuma, ale jeszcze takiego, co mu chłopaka do szkół pośle.
      W następną niedzielę odbyły się chrzciny. Nieznajomy w dwa czarne konie zajechał przed chałupinę szewca i powiózł dziecko do kościoła. MICHAŁ na imię mu dano. Gdy wrócili do domu, kum wręczył ojcu trzosik na naukę chłopca.
      Chłopak był zdolny, kształcono go więc na księdza nie przypuszczając, że to za diabelskie pieniądze. Michał właśnie nauki skończył i miał swą pierwszą mszę odprawić, kiedy zjawił się diabeł. Ale miał on jeszcze pilną pracę wykonać, to tak się ugadali: zanim Michał mszę ukończy, diabeł wielki kamień z Afryki przyniesie i przyjdzie po niego.
      Poleciał diabeł co tchu, ale kamień olbrzymi był i ciężki okrutnie, droga powrotna zajęła mu więc więcej czasu niż przypuszczał. Kiedy był nad przedmieściem Bisztynka, usłyszał, że msza się już skończyła. Zatrząsł się diabeł ze złości, że się spóźnił i Michałową duszę stracił. Kamień wysunął mu się z rąk i z wielkim hukiem spadł tam, gdzie dotąd się znajduje.
    • madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:12
      Ludzie we wsi mówią, że przed laty słychać tu było dziwne odgłosy. Ktokolwiek tędy szedł, uciekał przestraszony, a rybacy porzucali swoje sieci i odpływali, byle jak najdalej od tego tajemniczego miejsca. Ludzie bali się też samotnej sosny z powykręcanymi jak reumatyzmem konarami. Służyła jako miejsce kaźni dla rozbójników i złodziei. Podobno nie raz wisiał na niej sznur wisielczy…
      Nic więc dziwnego, że mieszkańcy Pozezdrza bali się tego miejsca wyjątkowo. Jak mówi tutejsza legenda, spisana przez znaną regionalistkę, żyjącą na tamtej ziemi, Jadwigę Tressenberg, któregoś dnia najsilniejsi i najdzielniejsi mężczyźni postanowili pójść pod Złotą Górę, by sprawdzić, dlaczego z jej wnętrza wydobywają się jęki i odgłosy kutego metalu. Kobiety już dawna mówiły o jakimś skarbie tam ukrytym i przestraszyły się tego, co chcieli uczynić mężczyźni. Pobiegły więc w stronę Kut (do dziś w tej miejscowości stoi dom Jadwigi Tressenberg), do siwobrodego starca, który znał tajniki puszczy, gwiazd i wszechświata i był kimś w rodzaju szamana. Chciały, by uczestniczył w poznawaniu tajemnicy Złotej Góry. Starzec udał się z nimi na miejsce, gdzie mężczyźni już kopali we wzniesieniu. Szpadle trafiły na opór. Nie były to jednak kamienie, a najprawdziwszy ceglany mur. Było już wiadomo, że Góra kryje w sobie lochy. Starzec zszedł do nich jako pierwszy, reszta pozostała na zewnątrz, pewna, że w lochach na pewno jest tajemniczy skarb.
      Po chwili starzec wyszedł na zewnątrz i oznajmił, że rzeczywiście, lochy kryją wielki skarb. W jednej ze skrzyń jest mały trzosik.
      – Ten jest przeznaczony dla mnie. – Zastrzegł i zezwolił mężczyznom na wyciągnięcie skarbu.
      Gdy już go wydobyli, chciwość zasłoniła im serca. Odmówili starcowi udziału w znalezisku i wygonili go precz, do pustelni. Ten rozgniewał się i rzucił na nich klątwę. Wielka skrzynia ze skarbem zaczęła się zsuwać w dół, do Sapiny. Nie mogli jej powstrzymać, bo w odmęty ciągnęła ją nieznana siła. I dopiero wtedy starzec wyznał, że skarb mógł być ich, a dla niego były tylko złote rękawiczki, mające moc uzdrawiania.
      – Długo będziecie uczyć się mądrości, przez całe pokolenia. – Grzmiał starzec.
      To właśnie wtedy wzgórze to nazwano Złotą Górą.
    • madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:18
      Następnego dnia, tuż o świcie można było zobaczyć rybaka, jak biegł od jeziora do domu z długą trzciną. Odciął jej końcówkę i cała łodygę posmarował dziegciem własnej roboty, tak, że stała się ona wodoodporna. Taką rurkę ukrył na brzegu. Gdy około południa Mazur przyszedł nad jezioro, żeby zanurzyć się pod wodą, wodnik spoglądał już na niego siedząc w gęstwinie trzcinowiska. „Panie diable” – krzyknął do niego rybak – „Teraz wchodzę do jeziora i za godzinę wracam”. Mazur rozebrał się i rozejrzał się dookoła, żeby upewnić się, że nikt na niego nie patrzy. Wyjął cybuch swojej fajki i zanurkował. Jego jeden koniec wetknął do przygotowanej wcześniej trzcinowej rurki, a drugi wsadził do ust i zaczął spokojnie oddychać. Tak wytrzymał przez godzinę, po czym wynurzył się. Wtedy zobaczył zdumionego wodnika, który znad wody wypatrywał nurka. „W nocy przyjdę po twoje skarby!” – zawołał do niego Mazur, śmiejąc się od ucha do ucha.
    • madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:28
      Ciekawostka: początek XIX wieku, w okolicach Pleśna osiada para nędzarzy – Barbara Zdunk (30 l.), matka czworga dzieci i Jakub Auster (22 l.). Oboje zaciągają się do pracy w miejscowej owczarni. Szczęście kobiety nie trwa długo. Kochanek porzuca ją i wędruje do miasta, pobliskiego Reszla. Zrozpaczona Barbara, nachodzi niewiernego kochanka i obiecuje zemstę. Odgraża się przy ludziach, że pochłoną go płomienie. Zostaje okrzyknięta „szaloną Barbarą”. Po krótkim czasie, nocą z 16 na 17 września 1807r. w Reszlu wybucha wielki pożar, który trawi pół miasta. W płomieniach giną ludzie. O wzniecenie pożaru od razu oskarżono Barbarę Zdunk. Zostaje ujęta i wtrącona do reszelskiego zamku. Zamknięto ją w cieszącej się złą sławą zachodniej baszcie. W lochach była bita i torturowana, gdzie spędziła cztery lata. Kiedy szalona Barbara siedzi w lochach, miasto trawi kolejny pożar. Ten fakt utwierdza wszystkich w przekonaniu, że kobieta jest czarownicą i ma wielką siłę nawet zza krat. Miejski sąd w Reszlu skazuje 22 czerwca 1808r. czarownicę na śmierć, przez spalenie na stosie. 21 sierpnia 1811r. wyrok wykonano. Skuta ciężkimi łańcuchami, została wozem drabiniastym w asyście tłumu ciekawskich gapiów przewieziona drogą z Reszla do Korsz, na słynne „Wzgórze Szubieniczne”, a wyrok wykonał kat z Lidzbarka Warmińskiego. Był to ostatni w Europie wyrok skazujący „czarownicę” na śmierć przez spalenie na stosie.
      Tak naprawdę to tylko legenda…
    • madohora Re: Legendy 27.05.23, 14:33
      Legenda o procesie wytoczonym wdowie przez chciwego szlachcica, chcącego w ten sposób zagarnąć jej majątek, znana jest w Lublinie przynajmniej od początku XIX wieku. Informację o „sławnych diabelskich zjazdach” odbywających się właśnie w tym mieście, odnotował w 1810 roku poeta Wincenty Kamieński. W poemacie pt. Przypadki lubelskie zamieścił on „bajkę”, stanowiącą komentarz do fragmentu jego Pieśni Pierwszej. Jest to, jak dotąd, najstarszy znany tekst tej legendy
    • madohora Re: Legendy 27.05.23, 14:45
      Fragment "diabelskich dokumentów" w przekładzie Władysława Zielińskiego.

      [...] Listu tego jest słowo w słowo treść i porządek taki: Działo się w piekle na wielkim zgromadzeniu wszystkich diabłów, tak tych, którzy piastują wyższe urzęda jako też i tych, którzy wrota piekieł zamykają. Na uczynione przedstawienie wobec nas i urzędu naszego oraz usilne prośby najpodlejszych Statoriusza i Marcina Kalwinów, daliśmy zezwolenie wszystkim [...], ażeby zachowali dusze swoje czyste w najbrudniejszej wierze, strzegli się Chrześcijan, tak jak siebie samych, dajemy wszystkim najniegodniejszym zupełną swobodę Kakodemonów kształcenie, dajemy władzę kierowania żonami i dziećmi oraz prawdziwej miłości polecamy ich żony. [...] Dano w podziemiach Kocytu miesiąca bieżącego i piekielnego roku 00000 Pluton Władca, król Piekieł.
    • madohora Re: Legendy 27.05.23, 19:53
      Lokal „Czarcia Łapa”, z charakterystycznym szyldem przedstawiającym diabelską dłoń, działał w Lublinie przez ponad pół wieku. Mieścił się na Starym Mieście w zabytkowej kamienicy (róg Rynku i ul. Bramowej). Występował w nim kabaret Czart, założony w 1959 przez dwóch dziennikarzy „Kuriera Lubelskiego” – Andrzeja Malickiego i Ryszarda Nowickiego.
    • madohora Re: Legendy 27.05.23, 20:07
      Kamień nieszczęścia – kamień znajdujący się w Lublinie na skrzyżowaniu ulic: Prezydenta Teodora Gruella i Jezuickiej. Legendy dotyczące tego kamienia mówią o tym, że dotknięcie go przynosi nieszczęście.
    • madohora Re: Legendy 27.05.23, 23:40
      Dawno temu na wsi niedaleko Lublina mieszkała wdowa z trojgiem dzieci. Ciężko było samej kobiecie, uprawianie ziemi, oranie wołami to praca dla mężczyzny. Kobieta kochała swoje dzieci i dla nich była zdolna ponieść wiele wyrzeczeń, dla nich ciężko pracowała. Ziemię miała żyzną, dom postawiony jeszcze przez męża, więc jakoś radzili sobie.
    • madohora Re: Legendy 28.05.23, 00:22
      https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/8/81/Lublin_-_Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Awi%C4%99tego_Micha%C5%82a.jpg/390px-Lublin_-_Ko%C5%9Bci%C3%B3%C5%82_%C5%9Awi%C4%99tego_Micha%C5%82a.jpg
    • madohora Re: Legendy 30.05.23, 18:54
      Gdzie wisła swóy nurt poczyna, I tuz ciągną Szląskie góry, Są tam skały i krzewina I bór gęsty i ponury, A w mięszkańcu wśród tey dziczy, Dwóch narodów jest oznaka Bo kto zechce wnipi policzy I pół nie Niemca pół Polaka. ł Stoi domek po nad skały, Co mu zguby czas nie zadał, Wnim to starzec osiwiały Taką powieść opowiadał. ”Olo na prawo przepraszam Wacpana, Gdzie się ten wąwóz zapada, Było tam niegdyś siedlisko szatana, Tak słyszałem od pradziada Nieraz podróżnym w czasie cicmney nocy Zabłąkanym wśród tey kniei, Jako przewodnik pod maską pomocy, Płatał figle pokolei. Kto idąc nucił nabożne wyrazy, Lub miał krucyfix przy sobie Ten bez przeszkody nawet i sto razy, Mógł przechodzić w kazdey dobie. Słyszał tylko głos niemiły Jęki, płacze oddalone, Które z echem uchodziły Na przeciwną jego stronę. Lecz niech 110 tylko idąc pustak jaki Śpiewał mazurki, albo krakowiaki, Zaraz pełno niepokoju, Wnet ze śmiechem mu wtorował, I widział go w kusym stroju, Jak przed nim walca tańcował. Mozę z Wpanem tez same zjawiska, I na umyśle wrażenie, Widzielibyśmy dotąd jeszcze zbliska Gdyby nie jedno zdarzenie. Oto wtey wiosce pod laskiem dębowym, Była na tenczas dziewica, Z czarnemi oczy, włosem chebanowym, A płocha jak błyskawica.
    • madohora Re: Legendy 30.05.23, 19:03
      Tylko ją zawsze jakoweś znudzenie, I co raz hardziey dręczył pomysł nowy, I głos tajemny mimo oddalenie, Ciągle przyzywał ’’pospiesz do dąbrowy. Słońce wstawało z ukrytego łona, I dzień rozjaśniał z czystego promienia, Cdy juz oddawna ze snu przebudzona, Szła do dąbrowy, podług przyrzeczenia. Minęła skałę, strumyk czystey wody, I co raz dalt-y zmierzała drożyną, Wtem ją spotyka znany panicz młody, i grzecznie wiła ”jak się masz dziewczyno Co obiecałem, wtem jey rzecze daley Tu wpakieciku ma swoją załogę, I gdy się częściey będziem widywali, Co tylko zechcesz wszystko zrobić mogę, Ale upiaszam jak wrócisz do domu, Niepokazywać do czasu nikomu.— Od tąd znajomość juz ściśleyszą była, I w tajemnicy częstsze odwiedziny Nawet mu stałość swoją zaręczyła, Oco nietrudno u płochey dziewczyny. O ich miłostkach różne głoszą wieści, I dziwnych dotąd słyszałem niemało
    • madohora Re: Legendy 30.05.23, 21:40
      Rozwój górnośląskiego przemysłu oraz zwiększająca się liczba mieszkańców wymagała pod koniec XIX w. pokrycia potrzeb żywieniowych w szczególności dla pracowników przemysłu ciężkiego, którym należało zapewnić kaloryczne pokarmy mięsne. Liczba mieszkańców Górnego Śląska w powiatach: Gliwice, Tarnowskie Góry, Bytom, Królewska Huta, Zabrze, Katowice, Pszczyna i Rybnik stanowiła w 1912 r. 56% wszystkich osób zamieszkałych w Rejencji Opolskiej. Górny Śląsk, mimo obecności na jego terenie obszarów rolniczych, nie był w stanie pokryć zapotrzebowania na produkty żywnościowe całego regionu. Naturalnym zapleczem tych produktów były Galicja i Królestwo Polskie. Przygraniczne miejscowości Górnego Śląska, Mysłowice i Katowice, czerpały korzyści z handlu żywcem, ułatwiały to połączenia kolejowe pomiędzy Rosją, Austrią i Prusami, krzyżujące się w sąsiedztwie Mysłowic, Katowic i Szczakowej.
    • madohora Re: Legendy 30.05.23, 21:46
      Na Wesołyj do teraska mômy nimało polôw. Gospodorzy je coros to myni, ale i tak jeszcze pola sôm uobrobiane. I ludzie trzimajôm sie starych prziwiarek, bo wiedzôm, że to jim pômogo. Besto świyncôm ziymia, wkłodajôm do ziymie palmiane krziżyki, a po procesyji Bożego Ciała bierôm z uôntorza poświyncôny tatarak i tysz go dajôm w pole, coby były dobre urodzaje. Jusz niy robiôm wiônkôw z mlycy i niy dowajôm krowom na gowy jak piyrszy ros je żynôm na posanie na łonkach. Ale zowdy bocôm, coby te krowy zegnać z polo na wiecôr, a niy robić tego po nocach, bo idzie fes dostać za swoje. Bo na wesolskich polach a łônkach żyły nocnice.
    • madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:15
      Hańdowni na grubie robiło sie dugo. Cołki dziyń. Ale zowdy, jak grubiorze lotali na szychta, to baby jym pakowały pora sznitôw chleba z tustym, a ku tymu we flaszce dowały cornyj kawy, abo nawet tyjki. Przeca źle sie cowiekowi jy, jak niy idzie se popić, pra? A na grubie mieli gorcki, z ftorych chopy ta tyjka pijali. Bo tak z flaszki pić to sie niy godziło. Inoś, że sie pojawił jedyn problym.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka