Gość: chala
IP: *.rdu.bellsouth.net
01.03.04, 21:33
Czas najwyzszy zeby to zrozumieli.
Świat
PAP, MFi /2004-03-01 20:16:00
Na Haiti "zbieżność interesów" Paryża i Waszyngtonu
Kryzys na Haiti uwidocznił "zbieżność interesów" między Francją i Stanami
Zjednoczonymi, nie oznaczającą jednak podziału pracy między Paryżem i
Waszyngtonem - pisze Agence France-Presse.
Francuski minister spraw zagranicznych Dominique de Villepin wyraził w
poniedziałek w Tokio zadowolenie z "doskonałej koordynacji francusko-
amerykańskiej" i "ścisłego porozumienia" ze Stanami Zjednoczonymi w czasie
kryzysu.
"W pewnym momencie wystąpiła zbieżność interesów" - uważa Dominique Moisi z
Francuskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (IFRI). Jego zdaniem,
między Francją i USA "nie było napięcia, ale nie było także podziału pracy
ani pełnej współpracy".
"Oba kraje zmierzały w tym samym kierunku, ale niekoniecznie całkowicie
razem, mimo że doszły do tego samego punktu" - twierdzi Moisi.
"Nie ma podziału ról" - dorzuca jeden z francuskich dyplomatów, podkreślając
jednak, że przez cały czas kryzysu haitańskiego Villepin i jego amerykański
kolega Colin Powell rozmawiali z sobą "dwa-trzy razy dziennie".
Francja jako pierwsza, ustami swego szefa dyplomacji, 17 lutego opowiedziała
się za wysłaniem sił pokojowych na Haiti, a 25 lutego wezwała do odejścia
prezydenta Jean-Bertranda Aristide'a. Następnego dnia "Washington Post",
krytykując "minimalistyczną dyplomację" administracji George'a W.Busha,
napisał, że "dyplomatą, który pragnie położyć kres anarchii, szalejącej na
oddalonej o 900 km od Florydy wyspie, jest francuski minister spraw
zagranicznych Dominique de Villepin".
Według Dominique'a Moisi, "w pewnym momencie z powodu amerykańskich wahań
powstała próżnia polityczna i Francja wskazała drogę". Podejmując kwestię
haitańską, dyplomacja francuska być może dostrzegła tam "element pozwalający
na pojednanie ze Stanami Zjednoczonymi" - uważa ze swej strony Jean-Jacques
Kourliandsky z Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Strategicznych (IRIS).
Dlaczego jednak Stany Zjednoczone, które w 2004 roku wysłały 20 tys.
żołnierzy w celu przywrócenia władzy Jean-Bertranda Aristide'a, tym razem
pozwoliły Francji przejąć inicjatywę zarówno w kwestii sił pokojowych, jak i
odejścia prezydenta Aristide'a?
Inaczej niż w 1994 roku, obecnie "logikę amerykańską określa ogromna
ostrożność w kwestii jakiejkolwiek możliwości interwencji humanitarnej" -
twierdzi Bruno Tertrais z Fundacji Badań Strategicznych (FRS).
Amerykańskie wahania co do losu Jean-Bertanda Aristide'a były tym większe, że
republikanie i demokraci, będący akurat w toku kampanii wyborczej, zajmowali
w tej kwestii wyraźnie odmienne stanowiska - zauważa Kourliandsky. Grupa
czarnych polityków w partii demokratycznej popierała Aristide'a, podczas gdy
republikanie tradycyjnie popierali opozycję wobec byłego prezydenta.
Jednak Francja i USA, mimo że nie działały z tą samą prędkością, miały
wspólne interesy. W toku kampanii wyborczej Stany Zjednoczone nie mogły sobie
pozwolić na masowy napływ uchodźców z Haiti. Czynnik migracyjny dotyczył
również Francji - mówi Kourliandsky, przypominając, że w 1980 roku we Francji
i jej departamentach zamorskich przebywało 20 tys. Haitańczyków, podczas gdy
dzisiaj "około 100 tysięcy".
Wspólnym źródłem zaniepokojenia było również to, że Haiti stało się punktem
przeładunkowym dla przemytu narkotyków z Kolumbii do Stanów Zjednoczonych i
Europy.