Gość: dana33
IP: *.broadband.actcom.net.il
13.05.04, 23:07
nu, dzisiaj odwiedzilam polska ambasade w tel avivie. nie, nie, nie cieszcie
sie, rozlupanco-drzeiwiecko-wqrwielsko-krolewskie, nie odwiedzilam ambasady w
sprawie paszportu. w sprawach paszportowych ambasada przyjmuje w
poniedzialki. ja mialam odebrac papiery ktore przyslano mi z archiwum
warszawskiego. bo ja, jak to sie mowi, po zrobieniu drzewa genealogicznego
rodziny, ktore liczy jakies 800 lat (wczesniej nie znalazlam), zbieram sobie
teraz rozne swiadectwa, dokumenty, szperam po archiwach itd itd. musze
powiedziec, ze bylo wesolo. pare dni temu dostalam zawiadomienie z ambasady,
ze czekaja na mnie dokumenty, i ze moge je odebraz we wtorki i czwartki od 9
do 12, i zaplacic "oplaty konsularne" w wysokosci 180 szekli, czyli niecale
50 dolarow. troche bylam zdziwiona, bo oplacilam juz zrobienie kopii w
archiwum warszawskim, jakies 30 zlotych, co jak rozumiem jest okolo 6 dolarow.
wiec wyladowalam w ambasadzie w tel avivie o 9:30 rano. siedzialo juz tam
sporo osob, i kazdy zapisywal swoje nazwisko i biezacy numer, zeby nikt
nikomu przypadkowo nie ukradl kolejki. ja bylam numer 39. jedna starsza pani
baaardzo pilnowala porzadku, zeby nikt sie nie wkrecila poza kolejka.
sloneczko prazylo, niektorzy siedzieli, niektorzy stali, niektorzy mowili po
polsku, niektorzy ani slowa. wymieniali sie za to wszyscy dokladnymi
informacjami, ile razy byli juz w ambasadzie, zanim dostali wymarzone
swiadectwo urodzin dziadka, swoje, alebo innej pociotki. dwie osoby staly i
sie nie zapisaly do kolejki, bo, jak powiedzieli, oni nie przyszli po nic.
ich pan konsul dobrowolski (zdaje sie ze tak brzmialo nazwisko) zawezwal do
siebie na taka i taka godzine. od czasu do czasu, pan z ambasady, z szalenie
wazna mina otwieral drzwi, wpuszczal 1 osobe (slownie jedna) i natychmiast
zamykal drzwi, zeby przypadkiem nie weszly tam 2 osoby. jak sie chcialam
zapytac, czy tez musze czekac w kolejce, zeby zaplacic 180 szekli, to na jego
twarzy pojawil sie wyraz kompletnego niezrozumienia i poinformowal mnie
baaardzo powaznie grubym glosem, ze rowniez na gorze do kasy bede musiala
stac w kolejce. potem ten jeden co mial do konsula dobrowolskiego wezwanie
tez sie zapytal, czy musi czekac, bo konsul czeka wlasnie na niego. na co
odpowiedz tego waznego pracownika ambasady, co to otwieral , zamykal i
wpuszczal (a co? moze myslicie, ze to nie taka wazna pozycja? to sie mylicie!
to najwazniejsza pozycja w ambasadzie i trzeba byc grzecznym i poslusznym bo
inaczej to on wam drzwi nie otworzy i mozecie siedziec na lawce przed
amabasada do jutra tez. a jutro piatek to nie pracuja. to bedziecie siedziec
do poniedzialku, bo w sobote i w niedziele ambasada tez nie pracuje. a w
poniedzialek to on otwiera tylko tym, co chca paszporty, wiec macie do wtorku
zalatwione: nie zapomnijcie przyniesc walowki na tydzien siedzenia na lawce
kolo ambasady!!!), wiec jego odpowiedz brzmiala tak: " ja pana prosze, niech
pan tam usiadzie i czeka. konsul dobrowolski jest zajety, bardzo zajety". nu,
on zajety, to ten niech czeka, mimo ze przyszedl na godzine wyznaczona przez
konsula. wiec tak na milym i ciekawym czekaniu spedzilam 2.5 godzinki, i w
koncu otworzono, wpuszczono i po krotkim juz czekaniu, dostalam sie do kasy.
ta pani w kasie, to podobno jedyna pracownica ambasady, ktora zna hebrajski.
z innym pracownikami mozna sie swietnie porozumiec po polsku. a jak nie zna
ktos polskiego, to..... ma pecha. ja znam polski, wiec pokazalam tej pani w
kasie list, dalam je dwa banknoty po 100 szekli, dostalam 20 spowrotem i ta
pani poszla poszukac moich dokumentow. znalazla. przyniosla. bylyu ladnie
wlozone do takiej cieniutkiej,plastikowej koperty, co mozna w naszym
mocarstwie kupic 100 sztuk za 10 szekli. wiec ta pani wyjela te dokumenty z
tej plastikowej koperty, sprawdzila, dala mi jakis papiurek do podpisania, ze
otrzymalam co chcialam (zebym nie mieala zadnych przyszlychy pretensji) i
powiedziala "nastepny". to ja sie tej pani zapytalam, czy ona moglaby mi dac
ta cieniutka, plastikowa koperte, zebym mogla wlozyc te dokumenty, zeby mi
sie nie zabrudzily i nie zniszczyly. i wtedy ta pani z kasy, ta jedyna co zna
hebrajski, spojrzala sie na mnie i powiedziala: "ale skad, nie, ta koperta
nalezy do ambasady".
sluchajcie, zatkalo mnie. czulam, ze zaproponowalam tej pani, ze moze zabiore
jakis stol albo krzeslo amasadowskie. wiec z iscie zydowska hucpa
powiedzialam: prosze pani. zaplacilam ambasadzie 180 szekli za nic. ot tak.
bo juz zaplacilam za te dokumenty w archiwum. archiwum je przeslalo do
ambasady. ile to moglo kosztowac? 10 zlotych? wlicze nawet koszy
zawiadomienia mnie przez ambasade, to jeszcze 2 szekle, inclusive koperta i
znaczek. razem koszty poniesione przez ambasade, to wlasnie te 2 szekle. a ja
zaplacilam "oplaty konsularne" okolo 50 dolarow. to ja nie moge dostac od
ambasady jednej plastikowej koperty, ktora kosztuje 1 agore? nie, nie moge.
nu, musze powiedziec, ze budynek ambasady polskiej w tel avivie polozony jest
w pieknej i drogiej dzielnicy, jest zadbany, ma piekny ogrod. ja rozumiem, ze
to z tych oplat konsularnych, bo wszyscy tam mowili, ze musza oplacic 180
szekli.
wycieczka byla wesola i pouczajaca.