wojciech.2345
05.11.11, 07:54
Rynki finansowe widzą we włoskim zadłużeniu kolejny potencjalny ładunek wybuchowy. – Bzdura – odpowiadają Włosi – żaden inny kraj nie ma w tej dziedzinie takiego doświadczenia jak my. Żyjemy z długami już 700 lat.
Ukryte drzwi trochę się zacinają, nic dziwnego po tylu stuleciach. W końcu jednak puszczają i można zobaczyć kryjówkę w Sali Kart we florenckim Palazzo Vecchio. Tutaj wszystko się zaczęło, tu trzymano oprawne w skórę rejestry, w których miasto Florencja notowało swoje długi. Było to gdzieś w połowie XIV wieku. Ktoś z rady miejskiej wpadł najwyraźniej na pomysł, by kolejną wyprawę zbrojną sfinansować z pieniędzy obywateli, a po zwycięstwie oddać dług wraz z odsetkami. Bogaci florentyńczycy byli zobowiązani wykupić papiery dłużne swojej gminy, a ich nazwiska wpisywano do rejestrów w Palazzo Vecchio. Zawsze to lepsze, niż samemu przywdziewać zbroję. Poza tym papiery można było sprzedać dalej.
Tak zaczęło się zadłużenie państwa i handel obligacjami. Tak powstał, najpierw w Wenecji, a potem na wzgórzach Toskanii, wart 50 bilionów dolarów rynek obligacji, przed którym rządy padają dziś na kolana. Siena, Florencja, Piza, Wenecja po krótkim czasie były już beznadziejnie zadłużone i stan ten trwa do dziś.
– W tej chwili wydajemy więcej na spłatę odsetek niż na nasze szkoły – mówi Matteo Renzi. Burmistrz Florencji rezyduje dzisiaj w Palazzo Vecchio. „Buldożer“ Renzi został wybrany do ratusza, by wreszcie ktoś w nim posprzątał. – Nasi ojcowie szli sobie do ristorante, a my odziedziczyliśmy ich rachunki – stwierdza 36-letni burmistrz w dżinsach, z popularnymi insygniami Apple’a na dębowym biurku. W przypadku jego miasta jest to 518 milionów euro.
Saldo mortale