corka_getlika
16.04.02, 15:36
Unia hipokrytów
Jedyne, co użytecznego mogą zrobić Europejczycy na Bliskim Wschodzie, to nie
przeszkadzać Amerykanom
Lewacki terroryzm Frakcji Czerwonej Armii (RAF) kosztował życie 68 Niemców.
Islamscy fanatycy, którzy szantażowali w 1995 r. Paryż, zdołali zabić pięć
osób. To wystarczyło, by niemieckie i francuskie służby specjalne otrzymały
rozkaz rozprawienia się z terrorystami zgodnie z zasadą "zero tolerancji". W
Hiszpanii w latach 80., nie przebierając w środkach, zgładzono co najmniej 28
terrorystów ETA; równie bezpardonowa była wojna, jaką Włosi wydali Czerwonym
Brygadom. Dlaczego więc dziś najpoważniejsi politycy Starego Kontynentu
odmawiają Izraelowi prawa do obrony przed terroryzmem na skalę nie znaną wręcz
we współczesnym świecie? Czyżby europejskie kunktatorstwo objawiało się tym
razem stosowaniem podwójnej miary wobec "gorszego" i "lepszego" terroryzmu?
Dlaczego Europa potrafi być bardziej wyrozumiała dla szaleńców wysadzających
się obok kobiet i dzieci niż dla lewackich terrorystów w rodzaju Andreasa
Badera czy Ulriki Meinhoff?
Europejski święty spokój
"Przywiozłem wam pokój!" - obwieścił Brytyjczykom wracający z Monachium w 1938
r. premier Neville Chamberlain. Naprawdę wiózł tchórzliwą i haniebną zgodę na
zbrodnię. Żydzi znacznie lepiej niż inni Europejczycy pamiętają, jaką cenę
zapłacili za niezdecydowanie polityków wobec widocznego już wówczas gołym okiem
zagrożenia. Europa "walczyła o pokój". Polegało to głównie na ustępstwach
wobec "śmiesznego człowieczka z Monachium" w nadziei, że w końcu zostawi on w
spokoju sąsiadów. Prawie nikt nie chciał dostrzec dymiących już wtedy kominów
krematoriów, a "Mein Kampf" nie był przecież tajnym dokumentem wewnętrznym
NSDAP. Co pozostało z bolesnej lekcji historii? Niewiele.
Pół wieku później z silnej, sytej i zadowolonej z siebie Europy zakpił "mocny
człowiek z Belgradu". Nikt z możnych naszego kontynentu nie psuł dobrego
samopoczucia Milosevicia nawet wówczas, gdy zapełniły się bałkańskie obozy
koncentracyjne i cmentarze. Europejczycy radzili, "podejmowali inicjatywy",
ogłaszali rezolucje, posyłali do Sarajewa dyplomatów i pomoc humanitarną.
Holenderscy oficerowie popijali rakiję z serbskimi kolegami, podczas gdy
podwładni tych ostatnich mordowali Bośniaków pod Srebrenicą. Wszystko w imię
pokoju, a raczej spokoju. Świętego spokoju.
Na szczęście dla Europy znaleźli się tacy, którzy o pokoju mają inne
wyobrażenie. Jak wyglądałaby Europa, gdyby Amerykanie uznali, że wojna z
Hitlerem to nie ich sprawa? A gdyby stwierdzili, że europejskie państwa NATO
same powinny rozwiązać problem bałkański? Może oblężenie Sarajewa trwałoby do
dziś, a kolejny szczyt UE apelowałby o "sprawiedliwy pokój". Wniosek z tych
niedawnych doświadczeń płynie prosty: jedyne, co użytecznego mogą zrobić dziś
Europejczycy na Bliskim Wschodzie, to nie przeszkadzać Amerykanom.
Datek na terror
W Paryżu nie było demonstracji, gdy palestyńscy terroryści detonowali bomby w
izraelskich autobusach, dyskotekach i centrach handlowych. Teraz uczestnicy
zorganizowanego przez Zielonych i komunistów wiecu solidarności z
Palestyńczykami skandują "Bush i Szaron to mordercy!", "Wszyscy jesteśmy
Palestyńczykami!". Tysiące Niemców potępiają Izrael w Bonn, Dortmundzie,
Hanowerze i Bremie. Zupełnie jak podczas sławetnych marszów wielkanocnych, gdy
tysiące "użytecznych idiotów" maszerowało pod dyktando sowieckiej propagandy,
by protestować przeciw zapewniającym im bezpieczeństwo Amerykanom.
Winę za ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie ponosi wyłącznie Izrael - do
takiej konkluzji można by dojść, słuchając europejskich polityków. Josep Pique,
minister spraw zagranicznych przewodniczącej UE Hiszpanii, stwierdził, że "unia
rozważy nałożenie sankcji na Izrael, jeśli Tel Awiw będzie nadał odrzucał
wezwania do zawieszenia broni". Jego belgijski kolega Louis Michel zagroził
ograniczeniem stosunków handlowych z Izraelem po tym, gdy Javier Solana i Pique
nie otrzymali zgody na spotkanie z Jaserem Arafatem. Swoją drogą ciekawe, jak
zareagowałby rząd hiszpański na żądanie zorganizowania spotkania zagranicznych
dyplomatów z przywódcami ETA?
A może przedstawiciele unii chcieli zapytać Arafata, na co przeznaczył 2 mld
euro otrzymane w latach 1994-2000 od Brukseli (nie licząc dotacji
poszczególnych państw członkowskich)? Gdzie są zbudowane za te pieniądze drogi
i szkoły? Nie ma ich, są natomiast znalezione w kwaterze Arafata dokumenty
świadczące o zakupach broni i finansowaniu terrorystów z Hamasu.
Antysemityzm poprawny politycznie
A może ujawniająca się dzisiaj "antyizraelskość" to tylko eufemizm, pod którym
kryje się echo starego jak Stary Kontynent antysemityzmu? - Mimo upływu ponad
50 lat od zakończenia II wojny światowej wciąż nie brakuje polityków
zbijających kapitał polityczny na antysemityzmie - mówi "Wprost" Szymon
Wiesenthal, dyrektor Żydowskiego Centrum Dokumentacyjnego w Wiedniu.
W wielu krajach europejskich wciąż dają o sobie znać politycy, którzy w
czytelny sposób odwołują się do antysemityzmu. Francuzi mają swego Le Pena,
Austriacy Jörga Haidera, Włosi Umberto Bossiego. To nie są przywódcy skinów,
lecz politycy zasiadający w parlamentach. Podczas ostatniej kampanii wyborczej
węgierski prawicowy radykał István Csurka rzucał gromy na "tych, którzy nie
mają węgierskich serc". Jego zwolennicy zrozumieli aluzję, gryzmoląc na
plakatach przeciwników "Achtung Juden!".
Chuligan apolityczny, czyli spokojne sumienie
Gdy rok temu w Zurychu zastrzelono siedemdziesięcioletniego rabina Abrahama
Grünbauma, Szwajcarzy przypomnieli sobie o przeprowadzonym w 2000 r. sondażu, z
którego wynikało, że 16 proc. obywateli spokojnej Helwecji ma antysemickie
poglądy, a 60 proc. "wykazuje pewne antysemickie tendencje". Gabriel Gutmann ze
studenckiej organizacji żydowskiej (VJS) skarży się, że coraz częściej na
ulicach ludzie podnoszą przed nim ręce w hitlerowskim pozdrowieniu.
Holenderscy Żydzi alarmują, że obraźliwe zachowanie wobec nich stało się
codziennością. Pod synagogę w Emmen podrzucono bombę, synagogę w Oss obrzucono
kamieniami, a w Amsterdamie wierni mogli wyjść ze świąty-ni tylko z policyjną
obstawą. W Rzymie dzielnica żydowska wraz z synagogą jest pod stałą obserwacją
kamer i dyskretną opieką policji. W Niemczech przykładów bezczeszczenia kultu
religijnego, pomników i innych żydowskich obiektów było tak wiele, że trudno
mówić o ich nasileniu w związku z obecnym konfliktem arabsko-izraelskim. Michel
Friedman, wiceszef Centralnej Rady Żydów, przypomina, że co roku
bezczeszczonych jest około 60 cmentarzy. Ataki przeprowadza ciągle ta sama
grupa skrajnych prawicowców. Nie żyją oni jednak w próżni - Europejska Komisja
przeciw Rasizmowi i Nietolerancji (ECRI) wytknęła Niemcom, że "skrywany
antysemityzm" przejawia co najmniej 15 proc. społeczeństwa.
W ostatnich dniach najwięcej antyżydowskich prowokacji odnotowano we Francji
(od początku tzw. drugiej intifady zdarzyło się już 405 "wybryków
antyżydowskich") i w Belgii. Szczyt tej fali przypadł w weekend wielkanocny:
spłonęła synagoga w Marsylii. Staranowano skradzionymi samochodami i częściowo
spalono wrota synagog w Lyonie i Strasburgu. Podpalono niewielkie oratorium na
obrzeżu żydowskiego cmentarza na przedmieściu Strasburga. - Trudno przewidzieć,
czy ostatnie wypadki oznaczają wzrost nastrojów antysemickich w Europie, czy są
to tylko ekscesy arabskich imigrantów niezadowolonych z rozwoju sytuacji na
Bliskim Wschodzie - mówi Szymon Wiesenthal.
Ratując nadwerężony wizerunek kraju, władze musiały okazać zdecydowanie.
Premier Lionel Jospin polecił rozmieścić 1100 policjantów i żandarmów w pobliżu
żydowskich świątyń, szkół i ośrodków kulturalnych. Policja aresztowała około 40
podejrzanych o dokonanie ataków na obiekty żydowskie, ale według Alaina Tourrea
z Dyrekcji Generalnej Policji, żaden z zat