herr7
06.02.05, 12:36
Bronisław Łagowski- jedyny chyba publicysta mający odwagę pisać o relacjach
polsko-rosyjskich bez obowiązującej obecnie arogancji i typowych dla naszych
mediów kłamstw.
www.przeglad-tygodnik.pl/index. php?site=felietony&name=274
Małe sprostowanie do wielkich błędów
Gdyby polscy politycy rzeczywiście wierzyli w to, co mówią o Rosji, to by
tego
nie mówili. Jeżeli uznaje się blisko położone państwo za groźne mocarstwo
imperialistyczne, podstępnie lub jawnie dążące do pozbawienia niepodległości
narody sąsiednie, lub że w inny sposób chce im zaszkodzić, to z tego wynika
nakaz oględnego wyrażania wrogości w stosunku do tego mocarstwa, aby nie
ściągnąć na swój kraj odwetowych szykan. Polska „klasa polityczna”, czyli
gazety, telewizje i partie uprawiają w stosunku do Rosji propagandę tak
wrogą,
jaką rzadko można spotkać w czasach pokojowych, i nie obawiają się złych
następstw. Całkiem słusznie nie wierzą własnym słowom i zgodnie z prawdą
myślą,
że Rosja posiada bardzo minimalne możliwości politycznego oddziaływania na
inne
kraje. Akomoduje się do świata i to wszystko, co może.
„Imperializm” rosyjski od kilkunastu lat polega na wycofywaniu się z krajów
od
paru wieków wchodzących w skład Rosji. Mówi się, że tak było za rządów
Jelcyna,
ale Putin dąży do odzyskania tego, co Gorbaczow i Jelcyn stracili. Jest to
czyste zmyślenie. Proces wycofywania się Rosji, oczywiście, że pod presją
faktów, postępuje nadal. Wobec narodów odrywających się Moskwa nie stosuje
siły. Nie może zresztą. W ciągu kilkunastu lat nie wypracowała żadnej
polityki
w stosunku do Ukrainy. W czasie ostatnich wyborów i „postmodernistycznej
rewolucji” w tym kraju próbowała bez głębszego pomyślunku jakoś równoważyć
działania amerykańskie, ale była to polityka bez szans. Prawie cała strefa
byłych republik radzieckich znalazła się w orbicie przyciągania cywilizacji i
potęgi amerykańskiej i trudno sobie wyobrazić, żeby Rosja ze swoimi licznymi
słabościami mogła z Ameryką skutecznie na tym terenie rywalizować. Może co
najwyżej liczyć na osłabienie imperialnego wigoru Stanów Zjednoczonych, ale
na
razie nie widać podstaw do takich rachub.
Ameryka prowadzi politykę na dwu płaszczyznach: na jednej chce mieć i ma w
Rosji sojusznika w wojnie z islamskim terroryzmem, na drugiej, jak wyraził
się
wysoki urzędnik Departamentu Stanu, dąży do urealistycznienia wzajemnych
stosunków, to znaczy przejęcia wpływów na obszarze republik postradzieckich,
aby Rosja nie była już niczym więcej jak tylko Rosją. Dzięki atrakcyjności
swojej cywilizacji i siły Ameryka może taką politykę prowadzić bez większych
kosztów. Polskie mówienie o nieuleczalnie imperialnych zakusach Rosji, która
gazem, naftą i chytrością rozszerza swoje panowanie, jest bezmyślną
paplaniną.
Gaz, ropa są własnością tego, kto je kupi, niesprzedane nie wzbogacają
eksportera. O tym akurat polscy politycy dobrze wiedzą i nie ze strachu przed
zakręceniem kurka potrzebują dywersyfikacji, lecz po to, aby choć troszkę
umniejszyć dochody Rosji. Dla tego chlubnego celu chcą sprowadzać gaz z
Norwegii, o 30 procent droższy niż rosyjski. Oto polityka według wzoru: na
złość babci odmrozić sobie uszy. Nasza zależność od Rosji (wszystko od
wszystkiego jest jakoś zależne) widoczna jest nie wtedy, gdy kupujemy od niej
naftę czy gaz, lecz wówczas, gdy oni nie chcą od nas kupować naszych
produktów,
na którą to niegodziwość Polska skarży się aż w Brukseli. Opiniotwórcze
gazety
piszą, że jest to odwet, „rachunek za ukraińską rewolucję”. Do tego
twierdzenia
trzeba zgłosić pewne poprawki. Po pierwsze, wieści o rewolucji na Ukrainie są
grubo przedwczesne. Na razie jedna frakcja oligarchii została odsunięta od
władzy przez drugą frakcję (poprzedni szef rządu popełnił czyny kryminalne w
młodości, obecna pani premier w wieku średnim). Nie zmienił się ani ustrój
polityczny, ani społeczny. Ludzie mieli dość samolubnej władzy, urzędowego
złodziejstwa, poziomu życia niższego niż w najbiedniejszym kraju Unii
Europejskiej, to znaczy w Polsce, i tym podobnych dolegliwości, tym bardziej
bolących, że na brak wolności się nie skarżyli. Pomarańczowa rzekoma
rewolucja
w jednym punkcie była wyraźna i jednoznaczna: młodzież chciała, aby Ukraina
przyłączyła się do Zachodu, cokolwiek by to miało znaczyć, brała stamtąd
wzory
i czerpała nadzieję na tak zwane lepsze jutro. I ten składnik ruchu z
pewnością
jakoś zaowocuje. Druga poprawka: Polacy skorzystali z okazji, żeby
zamanifestować swoją antyrosyjskość, i niczego więcej nie zdziałali (poza
udaną
mediacją prezydenta Kwaśniewskiego). Polska manifestacja została w Moskwie
zauważona i zinterpretowana jako działanie na zamówienie amerykańskie. Czy
spodziewamy się, że wszystkie antyrosyjskie gestykulacje Polaków zawsze będą
w
Moskwie lekceważone?
Putin „dąży do szowinistycznego ekspansjonizmu”, „instalowania władzy w
republikach postsowieckich”, „nie może się pogodzić z utratą wpływów” – skąd
biorą się takie opinie, bo z informacji z pewnością nie. Są to wnioski
wydedukowane z ogólnej wiedzy o postępowaniu władców. Stereotypowy władca na
miejscu Putina tak właśnie by postępował. Jest to pogląd banalny, powzięty z
góry i nic niemówiący o rzeczywistości. Rzeczywistość w porównaniu z banałem
jest zawsze zaskakująca: Putin postępuje przeważnie odwrotnie w stosunku do
tego, co obwieszczają polscy rusoznawcy i zachodni ekssowietolodzy, którzy
nie
mogą się pogodzić z faktem, że materia ich profesji gdzieś się podziała.
Niespodziewany był również Gorbaczow. Gdy został postawiony na czele Związku
Radzieckiego, cała sowietologia ostrzegała, że nada nowy impuls komunizmowi,
umocni państwo podupadające pod władzą mężczyzn trzeciego wieku i – dokładnie
pamiętam te wywody – silniej podporządkuje sobie Europę Wschodnią. To samo
mniej więcej twierdzili moskiewscy dysydenci, starający się studzić nadzieję
Margaret Thatcher i innych zachodnich polityków. Gorbaczow postępował
dokładnie
odwrotnie, niż o nim pisano. Podobnie do pewnego stopnia jest z Putinem, z tą
różnicą, że jest on świadomy celów i środków, i że ma inne problemy do
rozwiązania. Tak jak rzekomi znawcy nie rozumieli, co się w Związku
Radzieckim
dzieje, i nie byli zdolni przewidzieć jego upadku, tak samo dzisiejsi,
zwłaszcza polscy, rusoznawcy nie potrafią zdobyć się na obiektywne spojrzenie
na politykę Putina. Wprowadza system policyjny, centralizuje władzę,
likwiduje
resztki pojelcynowskiej demokracji... Naród rosyjski się nie skarży, co
według
rusoznawców przemawia przeciwko temu narodowi. Jakoś nie przychodzi do głowy
znawcom Rosji, że naród się nie skarży, ponieważ Putin nie narodowi, lecz
mafii
i oligarchom odbiera władzę.