uninhibited
14.07.05, 08:47
Demokratka republikanką
- Pierwszym republikaninem, jakiego w życiu poznałam, był mój ojciec -
powiedziała Rice podczas republikańskiej konwencji wyborczej przed pięcioma
laty.
Choć Murzyni otrzymali prawo głosu w 1869 r., w większości stanów
południowych pozostawało ono zwykle wyłącznie na papierze. Lokalni demokraci,
którzy rządzili Południem do lat 60., wbrew stanowisku reszty partii
sprzeciwiali się równouprawnieniu ras. W 1952 r. John Rice przekonał się o
tym osobiście, gdy postanowił zagłosować. Przewodniczący komisji wyborczej,
demokrata, postawił przed nim słoik z fasolą i powiedział, że może
zagłosować, jeśli odgadnie, ile ziarenek jest w słoiku. Od jednego z wiernych
w swej parafii dowiedział się, że republikanie nie stosują takich tricków. Od
tamtej pory był republikaninem.
Sama Rice początkowo sympatyzowała mimo wszystko z demokratami - tak jak
większość amerykańskich Murzynów w ostatnim czterdziestoleciu. Dopiero w 1982
r. zmieniła wpis w rejestrze wyborców na "republikanka". - Znalazłam partię,
która postrzega mnie jako jednostkę, a nie część jakiejś grupy - wspomina
Rice w jednym z wywiadów.
Zanim jednak zaczęła czynnie zajmować się polityką, w oszałamiającym tempie
pięła się po szczeblach kariery naukowej. Otrzymała licencjat w wieku 19 lat,
zaraz potem magisterium, doktorat, a w wieku 26 lat stanowisko profesorskie
na prestiżowym Stanford University w Kalifornii, która stała się nowym domem
Rice. Jako 30-latka była w elicie amerykańskich sowietologów. Po dwuletniej
przygodzie w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Busha seniora
wróciła na początku lat 90. na Stanford, by wkrótce zostać najmłodszym w
historii rektorem tej elitarnej uczelni. Do niej należało między innymi
zarządzanie budżetem sięgającym ponad miliard dolarów rocznie.
Wycieczka do Waszyngtonu
Condi miała 10 lat, gdy rodzice wzięli ją na wycieczkę do Waszyngtonu.
Spacerując po Pennsylvania Avenue, rodzina zatrzymała się przed bramą Białego
Domu. - Dziś nie mogę tam wejść, bo jestem czarna, ale kiedyś znajdę się w
środku - powiedziała rodzicom, przyglądając się śnieżnobiałej fasadzie. Była
połowa lat 60. Przypadkowy przechodzień, który usłyszałby wtedy te słowa,
prawdopodobnie uśmiechnąłby się z pobłażaniem. Nawet rodzice Condi nie
uwierzyliby pewnie, gdyby ktoś im powiedział, że dwadzieścia parę lat później
ich córka obejmie ważne stanowisko w Białym Domu. Zaproszenie do pracy w
administracji Busha seniora przyszło w styczniu 1989 r. od ówczesnego doradcy
ds. bezpieczeństwa narodowego Brenta Scowcrofta, na którym pierwsze spotkanie
z Rice w Stanfordzie zrobiło ogromne wrażenie. Scowcroft powierzył jej
stanowisko dyrektora ds. ZSRR i Europy Wschodniej. Jako sowietolog nie mogła
trafić na lepszy moment w historii. Blok sowiecki zaczynał się właśnie walić,
choć wcale nie było oczywiste, że zawali się w sposób pokojowy. Rice była
jedną z osób, które dostarczały prezydentowi kluczowych analiz sytuacji i
doradzały, jak należy postępować z chwiejącym się gigantem. Jak wspomina
Scowcroft, raport sporządzony przez Rice w marcu 1989 r. stał się fundamentem
amerykańskiej polityki wobec Michaiła Gorbaczowa. Zalecała w nim współpracę z
Sowietami przy jednoczesnej twardej polityce rozbrojeniowej, wyraźnym
wsparciu dla nieco zdezorientowanych sytuacją sojuszników i pobudzaniu
demokratycznych sił w krajach obozu socjalistycznego.
W ciągu dwóch lat, jakie spędziła wtedy w Białym Domu, była nie tylko
świadkiem, ale i uczestnikiem wydarzeń, które zmieniły świat. Do końca lat
90. doszła na szczyty kariery akademickiej, zasiadła też w radach nadzorczych
kilku wielkich korporacji. Gdy przed kampanią prezydencką w 2000 r.
gubernator George W. Bush poprosił ją, by została jego doradcą do spraw
międzynarodowych, była 46-letnią kobietą sukcesu. Od tamtej pory osiągnęła
jeszcze więcej.
- To zadziwiające, że jedna z najważniejszych osób w wewnętrznych kręgach
władzy w Waszyngtonie, kręgach, które należą do najpotężniejszych, jakie
kiedykolwiek widział ten świat, należy do klasycznie zmarginalizowanej grupy
społecznej - stwierdził kiedyś znany komentator polityczny Andrew Sullivan.
Rice jest czarną kobietą, która odniosła ogromny sukces w elitarnym świecie
władzy zdominowanym przez białych mężczyzn. Do tego niezamężną, bowiem z
żadnym z narzeczonych, jakich miała - a był wśród nich nawet gwiazdor futbolu
amerykańskiego - nie związała się na dłużej.
Wydaje się, że wielu politykom, z którymi miała do czynienia, łatwiej było
oswoić się z faktem, że jest Murzynką, a trudniej z tym, że jest kobietą.
Izraelski premier Ariel Szaron przyznał po pierwszym spotkaniu z Rice, że
niewiele pamięta z tego, o czym mówiono. - Było mi bardzo ciężko
skoncentrować się podczas spotkania z panią Rice, bo ma bardzo ładne nogi -
powiedział Szaron. Ale z czasem i Szaron nauczył się jej słuchać.
Słodki ton
Amerykańscy Murzyni często dają swym dzieciom nieco dziwnie brzmiące imiona.
Sekretarz stanu USA nie jest wyjątkiem. Condoleezza pochodzi od terminu
muzycznego "con dolcezza", który po włosku znaczy tyle, co grać słodko,
nadawać brzmieniu słodki ton. Do pewnego stopnia imię oddaje naturę Rice. Jej
przyjaciele podkreślają, że jest osobą o ogromnej pogodzie ducha.
- Jestem naprawdę bardzo religijna - wyjaśnia Rice. - Nie wydaje mi się, bym
została przysłana na ten świat po to, by być ponurakiem, dlatego jestem
wieczną optymistką.
Większość opinii publicznej ma do niej duże zaufanie. Wiceprezydent Dick
Cheney i sekretarz obrony Donald Rumsfeld wciąż trafiają pod obstrzał
demokratów i liberalnych mediów, lecz Rice wydaje się być poza ich zasięgiem,
mimo istotnej roli, jaką odegrała w podjęciu decyzji o inwazji na Irak. Choć
prezydentowi i ludziom z jego otoczenia często wypomina się związki z
sektorem naftowym, mało kto pamięta o tym, że jeszcze w 2001 r. po morzach i
oceanach pływał ogromny tankowiec "SS Condoleezza Rice", należący do kocernu
Chevron, w którego radzie nadzorczej zasiadała przez całe lata 90. (potem
imię statku zmieniono).
Amerykańskie media ją lubią. Nie tylko za to, że jest odważną czarną kobietą.
Podoba im się jej profesjonalizm, elegancja i ogłada. Gracji nie należy
jednak brać za miękkość czy ustępliwość. Przekonała się o tym w styczniu tego
roku demokratyczna senator Barbara Boxer podczas przesłuchań nominowanej na
stanowisko sekretarza stanu Rice przed senacką komisją spraw zagranicznych.
Nie przebierając w słowach, Boxer zarzuciła jej świadome wprowadzenie w błąd
amerykańskiej opinii publicznej co do motywów inwazji na Irak. - Nie pozwolę,
by kwestionowała pani moją uczciwość - odparła lodowatym tonem Rice, mierząc
swą przeciwniczkę wzrokiem bazyliszka. Jej nominacja została przyjęta.
Jak pisze w wydanej w ubiegłym roku książce słynny dziennikarz Bob Woodward,
osobą, która najgorliwiej namawiała Busha do inwazji na Irak, był Dick
Cheney. Ale gdy prezydent spytał o zdanie Rice, była za. Także dziś, gdy
wiadomo, że Saddam nie miał broni masowego rażenia, Rice twierdzi, że
administracja nie popełniła błędu, decydując się na wojnę w Iraku, nawet
jeśli kierowała się błędnymi informacjami wywiadu. Jak się wydaje, Rice mówi
to, co rzeczywiście myśli. Należy bowiem do tych ludzi na amerykańskiej
prawicy, którymi kieruje niezachwiana wiara w to, że Ameryka ma do spełnienia
wielką misję, że powinna zmieniać świat na lepsze. - Jesteśmy w takim okresie
historycznym, że jeśli dobrze wykonamy naszą pracę, ta administracja ma
szansę zostawić po sobie znacznie jaśniejsze widoki na przyszłość -
powiedziała w niedawnym wywiadzie dla Larry'ego Kinga. - Rolą,
przeznaczeniem, obowiązkiem Ameryki w świecie jest obrona wolności.
Jeszcze przed wojną z Irakiem Bliski Wschód był dla niej jednym z obszarów,
gdzie Ameryka ma najwięcej do zrobienia. - To główne wyzwani