galaxy2099
07.02.06, 00:07
Awantura o karykatury Mahometa jest dęta. Od kilkuset lat portretowano
proroka i nikt nie robił z tego skandalu. Sednem sprawy jest to, że niektórzy
politycy na Bliskim Wschodzie zamiast starać się zapobiec rozlewowi krwi,
dolewali oliwy do ognia. Od dawna z trudem przychodziło im kanalizowanie
frustracji umęczonych biedą i represjami społeczeństw. Zewnętrzny wróg
sprawdza się najlepiej. Wróg, który obraził religię, to wróg idealny.
Najgwałtowniejsze protesty odbyły się w Pakistanie, Afganistanie i Autonomii
Palestyńskiej.
Jednocześnie jeden z nielicznych głosów pojednawczych słychać było z
Jordanii. "Świecie islamu, bądźże rozsądny!" - apelował na łamach
tygodnika "Al-Shihan" Jihad Momeni. "Kto bardziej uwłacza islamowi:
cudzoziemcy, którzy przedstawiają proroka w sposób, w jaki postrzegają jego
wyznawców, czy też sami muzułmanie w pasach z bombami, którzy popełniają
samobójstwa na przyjęciach weselnych w Ammanie?" - tłumaczył. Zdrowy rozsądek
szybko został zakneblowany. Większość nakładu wycofano, a Momeni stracił
pracę.
Politolog Dominique Mosi ostrzega przed używaniem określenia "wojna
cywilizacji", ale skala awantury wskazuje, że ta wojna właśnie trwa. Dla
muzułmanów tożsamość religijna jest najważniejszą wartością. Wyznawcy islamu
wciąż nie są się w stanie pogodzić z zachodnimi regułami, zwłaszcza z zasadą
świeckiego państwa i tolerancją religijną. Nie tylko u siebie, ale także u
innych. "Świat islamski stoi na takim samym rozdrożu, na jakim stała
chrześcijańska Europa w czasie wojny trzydziestoletniej: religijna polityka
podsyca niekończący się konflikt między muzułmanami i niemuzułmanami, a nawet
między różnymi sektami muzułmańskimi" - pisał kilka lat temu Francis
Fukuyama. Od tego czasu nic się nie zmieniło.
Skostniały islam próbuje szantażem narzucać Europejczykom swoje prawa. "To
poważniejsza sprawa niż publikacja 12 karykatur w małej duńskiej gazecie" -
uważa Flemming Rose, redaktor "Jyllands-Posten". "To pytanie o to, czy islam
da się pogodzić z nowoczesnym świeckim społeczeństwem. Do jakiego stopnia
imigranci muszą się asymilować, a do jakiego możemy iść na kompromis w
sprawie naszej kultury?" - wyjaśnia. "Na co czeka Zachód, by się zdecydować
na interwencję? Czy stosując strusią taktykę, zamierza czekać na zamordowanie
kolejnego Theo van Gogha, tym razem w Kopenhadze albo w Oslo?" -
pytał "Corriere della Sera".
Wątpliwe, czy przez awanturę o karykatury duńscy dziennikarze osiągnęli swój
cel. Europejczycy i muzułmanie okopali się na swoich pozycjach. Dialogu jak
nie było, tak nie ma. Spór o karykatury jest problemem zastępczym. W
rzeczywistości chodzi o to, by Zachód poddał się dyktatowi nowej wersji
poprawności politycznej, w której arabskie gazety będą spokojnie pisały o
zasługach Hitlera w walce z syjonizmem, a europejskie czy amerykańskie o
islamie będą mówić dobrze albo wcale. Przywódca Hezbollahu w Libanie wyraził
żal, że nie udało się wykonać wyroku na Rushdiem, bo gdyby fatwa została
dopełniona, nikt nie ośmieliłby się bronić teraz duńskich dziennikarzy. Na
takie zachowanie Europa powinna mieć, niestety, tylko jedną odpowiedź: Oriana
Fallaci miała rację.