polski_francuz
06.03.06, 08:35
Powiedzmy sobie, ze nam sie udalo wygrac w totolotka albo dostac spadek od
zapomnianej cioci z Ameryki albo wygrac wazna nagrode i nagle
wylatujemy "wysoko nad poziomy".
Nad poziomy gdzie pozostali nasi blizni. I nieuchronne nadchodzi: dajemy im
do zrozumienia o tej roznicy poziomow. I to sie na ogol zle konczy.
Powiedzmy, ze taka euforia "brevis est" i szybako przechodzi.
Gorszym objawem, jest stan euforii permanentnej. Pamietam z lat polskiej
mlodosci takiego pana, ktory sie przedstawial : jestem iksinski, stopien
docent doktor habilitowany. Chcial pokazac tym o ile wyzej od ciebie stoi. Tu
we Francji, permanentnie euforyczne stany maja absolwenci wielkich uczelni
(ENA, Sciences Po...) i szkol inzynierskich (EC, X...) a w Stanach ci, ktorzy
skonczyli Yale czy Harvard.
Zawsze mi sie wydawalo, ze im wyzej sie stoi, tym wieksze obowiazki sie ma.
Ale w chwilch prawdy, czasem sie takie rzeczy mowi.
Moze to jest atawistyczna pozostalosc po arystokracji?
Moze ludzie nie sa rowni?
A moze, po prostu, zarozumialcom odbija?
Jak myslicie?
PF