Gość: Zuni
IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl
30.03.03, 19:03
Przerwa w marszu na Bagdad może potrwać nawet kilka tygodni. Amerykanie kopią
okopy, kładą miny wokół obozowisk i maskują swe pojazdy. W USA pojawia się
coraz więcej krytycznych uwag na temat sposobu przygotowania i prowadzenia
wojny.
Ataki lotnicze i ostrzał artyleryjski na pozycje irackie w Bagdadzie i wokół
niego będą następować z niesłabnącą siłą.
- Wygląda na to, że pozostaną na swych obecnych pozycjach przynajmniej dwa
tygodnie, tak mówi sierżant - taki meldunek przekazał reporter Reutera
towarzyszący wojskom amerykańskim w środkowym Iraku.
- Zamierzają wysyłać lotnictwo, aby zrobiło swoje, zanim pójdzie piechota.
Będzie więcej nalotów, zapewne co najmniej przez kilka tygodni - dodał
reporter.
Innemu korespondentowi Reutera powiedziano, że przerwa w natarciu lądowym
może potrwać nawet 35-40 dni.
Wojna źle przygotowana
Wojna z Irakiem trwa półtora tygodnia, a już w Stanach Zjednoczonych coraz
częściej podnoszą się głosy, że właściwie trzeba by ją rozpocząć od nowa. Tak
twierdzi "The Washington Post", powołując się na obecnych i emerytowanych
dowódców armii USA.
Odpowiedzialnością za brak szybkiego zwycięstwa obarcza się sekretarza obrony
Donalda Rumsfelda. Dziennik pisze, że Rumsfeld i jego doradcy wymyślili i
wprowadzili w życie teorię o tym, że mniej liczne niż 12 lat temu, ale lepiej
wyposażone i mobilne siły wystarczą do pokonania Saddama Husajna.
Mimo sceptycyzmu generałów, cywile podjęli ryzyko i rozpoczęli wojnę, nie
przerzucając w rejon Zatoki Perskiej czołowych jednostek, m.in. tych
stacjonujących w Niemczech. Nie czekali też na supernowoczesną 4. Dywizję
Piechoty, której Turcja odmówiła przejścia przez swe terytorium.
"New Yorker" pisze nawet w najnowszym numerze, że Rumsfeld wręcz odrzucił
rady wojskowych w tej sprawie i podejmował decyzję o czasie przerzutu
jednostek po swojemu. Mimo oczywistych sukcesów pierwszych dni, zaowocowało
to kampanią niedostatecznie zabezpieczoną i zaopatrzoną.
Jak podaje dziennik, Rumsfeld upierał się przynajmniej sześć razy, że
proponowaną przez planistów sztabowych liczebność wojsk lądowych trzeba
zmniejszyć - i postawił na swoim.
- Myślał, że wie najlepiej. To on podejmował decyzje na każdym etapie -
cytuje "New Yorker" anonimowego wysokiego rangą sztabowca z Pentagonu. -
Teraz Rummy znalazł się w kłopocie, bo nie chciał wysyłać dużej liczby
żołnierzy sił lądowych".
Sztabowiec powiedział też, że Rumsfeld odrzucił opinię dowódcy sił
koalicyjnych, generała Tommy'ego Franksa, aby zaczekać z inwazją do czasu,
gdy wojska amerykańskie, których Turcja nie przepuściła przez swoje
terytorium, dotrą do teatru wojny inną drogą. Minister nie docenił też siły
irackiego oporu.
- Nie dostali żadnych (dodatkowych) sił i środków. Tak bardzo chciał
udowodnić swoją tezę - że Irakijczycy pójdą w rozsypkę - taką opinię
anonimowego byłego oficera wywiadu przytacza autor artykułu, znany
dziennikarz amerykański Seymour Hersh.
Rzecznik Pentagonu uchylił się od skomentowania artykułu.
Reuter pisze, że stosunki Rumsfelda z dowództwem sił lądowych nie układają
się najlepiej. Minister cieszy się za to zaufaniem amerykańskich sił operacji
specjalnych, które w wojnie z Saddamem Husajnem odgrywają ważną rolę.
Rumsfeld twierdzi, że w ciągu 10 dni wojny wojska inwazyjne posunęły się
daleko naprzód mimo nieoczekiwanych ataków przeciwnika na długie linie
zaopatrzenia z Kuwejtu. Niektóre oddziały lądowe są już 80 km od Bagdadu.
Jednak Hersh cytuje opinię byłego oficera wywiadu, że wojna znalazła się w
impasie.
Zużyto znaczną część zapasu pocisków manewrujących Tomahawk, lotniskowcom
zabraknie wkrótce precyzyjnie sterowanych bomb, a ponadto są kłopoty z
obsługą techniczną czołgów, wozów pancernych i innego sprzętu - pisze "New
Yorker".
- Jedyna nadzieja w tym, że zdołają się utrzymać do nadejścia posiłków -
powiedział były oficer wywiadu.
Hersh przytacza opinię wysokiego oficera sztabowego, że Rumsfeld
chciał "tanio wygrać wojnę" i uważał, iż precyzyjne naloty bombowe i
rakietowe zapewnią zwycięstwo.
W Iraku jest obecnie około 125 tysięcy żołnierzy amerykańskich i brytyjskich.
Amerykańskie źródła oficjalne mówiły w czwartek, że do końca kwietnia planuje
się skierować tam jeszcze 100 tysięcy żołnierzy USA.
O braku zaufania wojskowych i cywilnego kierownictwa Pentagonu mówiło się od
dawna, wydaje się jednak, że trudno o gorszy moment na wzajemne pretensje.
(INTERIA.PL/RMF/PAP)