19.10.12, 20:31
Przeciągnęłam się leniwie. Jeszcze kilka błogich chwil zanim otworzę oczy. Przesuwam dłonią po prawej stronie łóżka. Jest nienagannie czysta, prosta i biała. Aloszy jeszcze nie ma. Wróci dopiero za trzy dni. Moja dłoń dociera do poduszki. Od trzech lat - nie licząc kilku tygodni wolnego, kiedy Aleksiej wraca do domu i zajmuje prawą stronę łóżka - cały czas tak samo się budzę.
Aleksiej mój mąż, trafił do wojska, zaraz po naszym ślubie i Wielkim Przewrocie w 2012 roku. Nigdy nie był zainteresowany armią, ale niestety System zainteresował się nim. Przed Wielkim Przewrotem Aleksieja można byłoby określić jako typowego Rosjanina: blada cera, duże ciemne oczy, wysoki, chudy brunet, który nawet o porannej wyprawie do sklepu opowiadał zamaszyście. To chyba jego temperament i niezwykła siła mnie tak uwiodły. Dziś kategoria nie istnieje, została zdelegalizowana, dziś wszyscy jesteśmy obywatelami Ludowej Państwowej Republiki . Tym samym mój Alosza, to już nie Alosza, a Min - ho, a ja nie nazywam się już Dora, a Shin. Nie nazywamy się Winogradow, a Nahn. Wszyscy mówimy w języku, który jest mieszanką północnokoreańskiego i kilku chińskich dialektów. Z Aleksiejem (poza oficjalnymi sytuacjami, nie jestem w stanie nazywać go inaczej) poznaliśmy się na Kaukazie: ja byłam wolontariuszką, on dziennikarzem. Przez dwa lata naszego związku zjeździliśmy prawie całą wschodnią Europę i Azję. On pracował, ja spełniałam się w pomaganiu innym. Wieczory mieliśmy tylko dla siebie. Uwielbiam wspominać te czasy, za każdym razem, po przebudzeniu. To sprawia, że chociaż przez chwilę mój mąż jest znowu ze mną.
Moje stopy dotykają zimnej podłogi. Nocna koszula przylega do moich dużych piersi i niemałego brzucha. Czarna koronka kończy się na wysokości ud. Piżama to jedyna strefa mojej wolności, oczywiście nabyłam tą jak i inne nielegalnie. Powinnam spać w aseksualnym, bawałenianym, szaro - białym potworze, ale nie zamierzam odpuszczać sobie tej ostatniej przyjemności. Niecierpliwe mierzwię włosy. Zawsze przed przyjazdem Alexa zdobywam gdzieś w podziemiu, piękną satynową lub muślinową, niezwykle kobiecą koszulę nocną. Myślę, że zarówno on i ja na to zasługujemy. Poza mną wszystko w mieszkaniu jest zunifikowane. Tak jak w całym kraju: mam białą sypialnię, niebieską łazienkę, żółtą kuchnię i zielony salon, do tego odpowiednio i wymiarowo dobrane zasłony i dywany, oraz drewniane meblościanki w każdym z pomieszczeń. Wszyscy obywatele żyją dokładnie w takich samych mieszkaniach, w takich samych blokach. Nienawidzę tych mieszkań. Tęsknię za swoim starym domem, w którym się wychowałam i w którym mieszkałam przez okres swego narzeczeństwa. Brakuje mi tych nierówno pomalowanych, na najdziksze kolory ścian, mebli z białej brzozy, unikalnego zapachu kuchni. Teraz wszyscy mamy to samo, w imię równości i braterstwa.
"Najciekawszym" elementem mieszkania jest szafa. Stoi w sypialni zaraz za łóżkiem. W środku wiszą wszystkie moje kreacje. Długa zimowa kurtka, sześć sukienek (każda na inny dzień tygodnia) o prostym kroju z boku mają zamek, a na piersi wyszyte małymi literami moje nazwisko. Zaraz obok - sukienka na niedzielę - od poprzednich różni się tylko rozkloszowanym dołem. Wszystkie są w kolorze beżowym, który oznacza przynależność do konkretnego zakładu, w moim przypadku - Fabryki. Nie mogę oczywiście zapomnieć o odświętnej, czerwonej sukience. Na dnie szafy stoi kosz z bielizną, która jest okropna, źle uszyta i dobrana, trzy pary tenisówek oraz jedna para zimowych kozaków. To wszystko nie byłoby w połowie tak straszne, gdyby nie fakt, że podobna garderoba znajduję się w każdym z 10 000 mieszkań na moim fabrycznym osiedlu. To oznacza, że nie widuję kobiet inaczej ubranych niż ja. Oczywiście włosy musimy mieć związane dokładnie tak samo: wyprostowane
i splecione w warkocz. Jeżeli chodzi o wagę, wzrost rasę czy kolor oczu, wszystko co sprawia, ze się od siebie różnimy, nie możemy o tym mówić, to jeden z najważniejszych, fundamentalnych wręcz zakazów Republiki. W każdym poniedziałek o godzinie 6 rano mamy kontrolę czystości, co w praktyce oznacza przeglądanie i przeszukiwanie naszych mieszkań w celu znalezienia rzeczy nielegalnych - na przykład pięknej satynowej bielizny, normalnych ubrań, pończoch. Ja na szczęście mam dobra skrytkę.
Inną rzeczą, której nie możemy posiadać są zdjęcia. Mam tylko trzy fotografie ślubne głęboko ukryte, Alex ma również gdzieś schowany swój komplet. Oficjalnie każdy wraz z mieszkaniem otrzymuje trzy duże portrety: jeden naszego przywódcy, drugi jego ojca, a trzeci jego dziadka, który to wszystko wymyślił i wprowadził w życie. Nasze zdjęcia rodzinne, z wakacji itp. mogłyby nam przypomnieć, że jesteśmy osobnymi bytami. Podobnie jak muzyka, której tez nie możemy mieć, a jedyna, której możemy słuchać, to ta nadawana przez radio. Pseudofolkowe pieśni robocze, które po 15 minutach sprawiają, że tęsknisz za ciszą, a muzykę postrzegasz jako największe zło tego świata. I nie wiesz co jest tak naprawdę gorsze: głupkowata melodia czy tendencyjne, prostackie słowa. Tak jest ze wszystkim. Inna sprawa, ze wszystko można sobie zorganizować, o ile nie boisz się sprowadzenia na siebie i najbliższą rodzinę wyroku długoletnich robót...no właśnie nikt tak naprawdę nie wie gdzie znajdują się te obozy poprawcze, jak określa je partia. My z Alexem podjedliśmy wspólnie decyzję o ryzykowaniu naszych żyć dla kilku szmatek
i zdjęć. Nie jesteśmy rewolucjonistami, nie jesteśmy bojownikami o wolność, ani reakcjonistami. Jesteśmy młodym małżeństwem, które dwa razy do roku przez dwa tygodnie chce zapomnieć o tym całym szajsie i zatopić się w swojej miłości. Brzmi kiczowato? Gdy widzę Aloszę, nawet banał przestaje mieć znaczenie.
Obserwuj wątek
    • tropem_misia1 Re: "Tekst" 19.10.12, 20:45
      zapachniało mi Koreą
      ?
      • tropem_misia1 Re: "Tekst" 19.10.12, 20:46
        wytropiłam autorkę : piszęksiążkę na e-literaci smile)
        • lvova Re: "Tekst" 19.10.12, 20:47
          Ewcia za 2minuty @ smile
          • tropem_misia1 Re: "Tekst" 19.10.12, 20:59
            ja też
      • darima_ka Re: "Tekst" 19.10.12, 20:57
        Też tak podejrzewam.
        Czy to możliwe w XXI wieku?
        Makabra!
        • lvova Re: "Tekst" 19.10.12, 21:00
          Ale ,że co ten XXI wiek?smile
          • darima_ka Re: "Tekst" 19.10.12, 21:03
            Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca w XXi wieku?
            • lvova Re: "Tekst" 19.10.12, 21:11
              Że miłość i że wojna?
              • darima_ka Re: "Tekst" 20.10.12, 11:32
                Wojen nie powinno być na świecie ,
                a już takich "obozów" pod żadnym warunkiem!
                Przecież to niewola !
    • lvova Rozdział II 24.10.12, 10:30

      Oczywiście dzień wolny od pracy nie oznacza, dnia wolnego od Republiki, właściwie to jest wprost przeciwnie. O dziesiątej jest przemarsz, potem wspólnie z innymi oglądamy na telebimach 2-3 godzinne przemówienie naszego Wodza. Przy nim stary Castro wydaje się być oratorem na miarę Seneki. Telebimy to jedyne dostępne dla nas, szarej masy osiągnięcie techniki. Poza tym jest jak w latach 50tych: czarno - białe telewizory i trzeszczące radia, komórki, internet, ipody i iphony - zachowujemy się jak gdyby nigdy nie istniały. Tylko najbardziej zaufani oficerowie mają do nich dostęp. Dziś technologia ma służyć wojsku, inwigilacji i widowiskowym egzekucjom, nawet propaganda nie jest jej warta. O 17 wspólny obiad, a potem godzina dla siebie. Wtedy zanurzam się w wodzie i własnych myślach. Niestety potem następuję najgorsze. Egzekucja - główny punkt programu.
      O godzinie 20.00 wszyscy mieszkańcy bloków, bez względu na wiek i stan zdrowia muszą zebrać się przed telebimami i głośno potępiać Republiki. Idziemy w milczeniu. Nie możemy rozmawiać z nikim z poza naszej rodziny (chociaż to też powyżej 7roku życia nie uchodzi). Nie możemy niczego komentować, ani nawet się uśmiechać czy posyłać spojrzeń, bo to może oznaczać, że spiskujemy. W praktyce nie licząc przełożonych, przez więkoszośc czasu nie rozmawiam z nikim. No oczywiście dwa razy do roku mam Aloszę, który zawsze zachwyca się moim "uwolnionym" słowotokiem.
      Za każdym razem gdy idę na egzekucję modlę się, by na telebimie nie pojawiała się twarz mojego męża. Najpierw proszę o to po grecku (mój ojczysty język), potem po rosyjsku (język Loszy), potem po starocerkiewnemu (bo mam wrażenie, że to język Boga), na koniec na wszelki wypadek jeszcze po angielsku. Staram się przypomnieć jeszcze inne języki, ale zazwyczaj z mizernym skutkiem. Oczywiście nie rozmawiam z Bogiem w języku Republiki bo mam wrażenie, że to by po prostu uwłaczało Jego majestatowi. Ta modlitwa mnie uspokaja. Powtarzam sobie, że Aleksy ma już swoją karę: 20lat służby w armii bez możliwości awansu i jakichkolwiek przywilejów, że jest tak strzeżony, że nie ma nawet możliwości by zgrzeszyć, ale wiem, że w Republice nikt nie jest bezpieczny. Docieram na miejsce, patrzę na innych. Wszyscy są równie przerażeni, nikt bowiem nie wie, kto będzie straceńcem, a wiadomo, że nawet jeżeli pokaż kogoś z twoich bliskich, to nie możesz po sobie pokazać, że musisz stać tu i krzyczeć, zastanawiając się na ile lat ciężkiego więzienia skażą Ciebie za współudział (rodzina = współudział).
      Ekran zaczyna się rozjaśniać. Na szarym, obskurnym tle pojawia się młody, czarnoskóry chłopak. Jest ubrany w strój skazańca: szary, podniszczony kombinezon, białe skarpetki i czarne buty. Jest wychudzony i zarośnięty. Skuty, a za nim stoi kat i dwóch strażników. Mężczyźni się nie odzywają, tylko patrz przed siebie. Kat ma czerwony mundur, długie wąsy i silne ramiona. Jest siłą spokoju, w przeciwieństwie do skazanego. Nagle zza kadru odzywa się groźny głos, który nawołuje ludzi do pogardy, wszyscy jak jeden mąż zaczynamy krzyczeć, wyć i przeklinać skazańca. Wstyd się przyznać, ale ja też to robię.
      - Chin Ho Bing zostanie dziś stracony! To zaprzysiężony wróg Republiki!!!! (dziki wrzask tłumu) Wraz z grupą terrorystów szykował zamach na naszego ukochanego Wodza!!! (znowu wrzask tłumu). Zamordował kilkunastu naszych oficerów!!! Dziś sprawiedliwości stanie się zadość!! Dziś po raz kolejny Republika zwycięży!!!! (piski, gwizdy, buczenie itp.).
      Komunikat powtarzany jest w kółko kilkanaście razy, aż do momentu samej egzekucji, w czasie której wszyscy krzyczą rewolucyjne hasła i antyreakcionistyczne przekleństwa. Zazwyczaj więźniowie spokojnie podążają na śmierć, lecz tym razem jest inaczej. Młody wyrywa się i zaczyna krzyczeć po angielsku z wyraźnym amerykańskim akcentem:
      - NIE JESTEM ŻADNYM CHINEM HO!!!! JESTEM WILL BARENS!!!! ONI KŁAMIĄ, JA TYLKO SŁUCHAŁEM i TWORZYŁEM MUZYKĘ!! I MAM JUŻ CAŁA TĄ REPUBLIKĘ GŁĘBOKO W DUPIE, WKRÓTCE TEN SZAJS SIĘ ROZLECI, JESZCZE ZOBACZYCIE!!!!!! PRZYJDĄ MNIE POMŚCIC, MOI PRZYJACIELE, MOJA RODZIN.....
      Will zostaje szybko spacyfikowany paralizatorem, ale jego przekaz dotarł do sporej grupy. Wszyscy wiedzą, że reakcjoniści i terroryści nie istnieją, a giną ludzie tacy jak on. Rozpoczyna się egzekucja. Strażnicy wiążą otępiałego Willa i sadzają na krześle, w tym czasie kat ostrzy nóż, którym potem dosłownie skalpuje młodego skazańca. Przez dłuższy czas chłopak zupełnie świadomie odbiera ból i to co się dzieje. Nikt nie podaje mu morfiny czy czegokolwiek. Tłum jednak zdaje się nie przejmować wszyscy krzyczą. W końcu Will osuwa się nieprzytomny, głos zza kadru ogłasza jego śmierć.
      Wszyscy rozchodzimy się do domów. Pogrążeni w totalnej ciszy. Po drodze dziękuje Bogu, ze nie był to jednak Aleksiej ani nikt z rodziny. Myślami wracam do swojego Ojca, rubasznego właściciela winiarni i Starego Winogradowa, mojego teścia. Nie wiem nawet, gdzie teraz mogą być. Zaraz po wielkim przewrocie, wszystkie rodziny poza małżeństwami zostały rozdzielone, powywożone w różne strony kontynentu. Zmieniona im imiona i nazwiska, zniszczono wszystkie kartoteki i zamieniono je na nowe metryki spisane w języku Republiki. Jest niemożliwe odnalezienie krewnych. Szczególnie, że nigdy nikt nie nauczył nas czytać, ani pisać w nowym języku. Nie wiem czy jeszcze żyją, podobnie nie mam pewności czy Aleksy ciągle gdzieś tam jest. Mam złe przeczucia i ledwo powstrzymuję się od totalnego załamania.
      Zastanawiam się nad tym co krzyczał Will. Czy naprawdę jego rodzina go pomści? To oznacza, że widzą co mu się stało, co z kolei oznacza, że mieli ze sobą kontakt, odnaleźli się... A może to tylko blef zdesperowanego człowieka, może to tylko bezsilne wołanie o sprawiedliwość? Szykuję mieszkanie na kontrolę, przebieram się w okropna piżamę i zrozpaczona przytulam się do prawej strony łóżka, po której powinien leżeć mój najdroższy. Płaczę i szepczę po rosyjsku:
      - Gdzie do cholery jesteś?! Tak bardzo cię potrzebuję tu, teraz...Alosza...Alosza.. ocal mnie, zabierz mnie stąd...dłużej juz tak nie wytrzymam....
      Po jakiejś godzinie zasypiam. W śnie przenoszę się w czasy mojego narzeczeństwa. Jestem w starym domu, właśnie wróciliśmy z kolejnej podróży. Alex szykuje obiad, ja nalewam wino. Ojciec ciągle jest w pracy, a my bawimy się w małżeństwo. Dużo się śmiejemy i kłócimy. Mam na sobie zwiewną sukienkę w czarne i czerwone kwiaty. Aleksy białą koszulkę i dżinsy które podkreślają jego nienaganną figurę. Jesteśmy młodzi i bardzo szczęśliwi. Wchodzi Ojciec, który krzyczy na mnie za bałagan, a jednocześnie ściska swojego 'ukochanego Syna". Niestety sen szybko się kończy, nadchodzi szósta rano, budzą mnie automatycznie zapalające się w całym mieszkaniu światła. Jeszcze tylko dwa dni.
      • lvova Rozdział III 24.10.12, 10:31


        Dzień zaczyna się od kontroli, którą przeprowadzają dwie urzędniczki. Jedna z nich sprawdza mieszkanie, przegląda dosłownie wszystko, każdą półkę, nierówność, wybebesza pościel. Druga przegląda...mnie i zapisuje ile centymetrów mają moje włosy, czy mam czyste paznokcie, ile ważę, w którym dniu cyklu jestem. Całe to "badanie' jest dla mnie wyjątkowo upokarzające. Wszystko to trwa kwadrans, od 3 lat niczego nie znalazły, nie widziały niczego podejrzanego, dlatego chyba mam taką satysfakcje z powodu moich piżam
        i zdjęć. Ona są zwyczajnie zbyt tępe, by je znaleźć. Cała kontrola trwa około 15 minut. Zdenerwowana przebieram się w sukienkę i idę do Fabryki.
        Moja praca nie wymaga myślenia, nie wymaga precyzji, ani nawet siły fizycznej. Jedyne co musze robić, przez 10 godzin to układając śrubki
        i sprawdzać czy odpowiednio wpadają na taśmę. To chyba najbardziej ogłupiająca praca we wszechświecie. Nie widzę sensu robienia tego dzień w dzień, nie widzę sensu bycia tu. Wiem, inni mają gorzej, musza składać maszyny, albo całymi dniami tkać....jednak najgorsza jest ta świadomość, że będę musiała to robić do 70-ego roku życia, bez możliwości zmiany, czy rezygnacji. Pocieszam się, jeszcze tylko dwa dni, dwa długie dni, ale mam już urlop i 14 dni spędzę z moim Aleksem. O 13.30 mamy półgodzinną przerwę na "lunch". który stanowi obrzydliwy kleik i szklanka wody. Ani to pożywne, ani smaczne, ale w sklepach nie można kupić nic innego. Warzywa i owoce są racjonowane, można je dostać tylko raz w miesiącu, a słodycze i fast foody są zlikwidowane. O lokalnych czy narodowych potrawach nikt już nie pamięta. Jem ten kleik i myślę, że Aleksy nie załapię się na comiesięczny targ owoców,
        a niestety winogrona nie przetrwają do jego przyjazdu. Mogłyby zacząć fermentować, a ponieważ w Republice obowiązuje prohibicja, za produkcję alkoholu grozi kara śmierci. Ktoś mógłby podciągnąć moje winogrona, pod zaczątek wina i nie doczekałabym spotkania z Loszą. Prawdę mówiąc tylko to trzymało mnie przy życiu. W innym wypadku pewnie sama szybko postarałabym się o powód do egzekucji. W Republice samobójstwo....nie było możliwe. Żaden z obywateli nie posiadał ostrych przedmiotów, ani wystarczająco długich sznurków, lekarz sam aplikował leki choremu. Żyjemy
        i umieramy jak w więzieniu, nie mamy kontroli nad niczym.
        W środę, w dniu przyjazdu Aloszy obudziłam się wcześnie rano. Wiedziałam, że ma być około 11.00, podenerwowana sprzątałam nasze mieszkanie, a potem wzięłam długą kąpiel, rozczesałam włosy i ich nie wyprostowałam. uwielbiałam swoje długie, niczym nieskrępowane loki. Wiedziałam, że wszyscy inni są w pracy, więc gdy usłyszałam pukanie do drzwi bez zastanowienia wybiegłam i rzuciłam mu się w ramiona. Zaczęłam go całować i na przemian po grecku i rosyjsku mówić o wszystkim.
        - Alosza najdroższy, mój mężu, znowu ..po tak długim czasie, po tylu dniach...Aleksiej kocham Cię tak bardzo!
        Nagle poczułam jak jego ramiona sztywnieją...i zaczęła do mnie dochodzić wstrząsająca prawda...to nie jest mój mąż. Mężczyzna w opanowany sposób odsunął mnie od siebie i opiekuńczo trzymał ręce na moich ramionach. Był wysoki i dobrze zbudowany blondynem. Miałam w głowie gonitwę myśli. Jak mogłam go pomylić z moich wychudzonym mężem?
        - Dora? - spytał po angielsku z niemieckim akcentem.
        Pokiwałam głową.
        - Nie martw się jestem przyjacielem. On kazał Ci to przekazać. Powiedział, że zrozumiesz. Powiedział też, że masz zachowywać się tak jak by przyjechał: mało wychodzić, nie pojawiać się w pracy, nikogo nie zawiadamiać o jego zaginięciu.
        Podał mi biała, podniszczoną kopertę, na której widniało moje imię napisane przez Aleksa.
        - Kim...kim jesteś?...Skąd znasz Aleksieja?...Jak się nazywasz? - próbowałam oprzytomnieć - kim?
        - Nie teraz, kobieto - odparł szorstko, ale gdy spojrzał mi w oczy miękko dodał - gdy znowu się spotkamy, wszystko Ci wyjaśnię. Teraz wracaj do mieszkania.
        Zupełnie zbita z tropu wracam do domu. Siadam na łóżku. Jestem obolała i nie wiem co robić. Chowam kopertę pod poduszka Aleksieja. Wiem, ze powinnam przeczytać to jak, ale nie wiem czy już całkowicie się nie załamię, gdy zobaczę to co jest w tej wiadomości. Przez kilka godzin leżałam
        w zupełnym, walcząc z rozpaczą.
        Powtarzam w kółko, niczym mantrę:
        - To nie tak. To wszystko jest nie tak. Alosza gdzie jesteś? Powinieneś być tutaj!
        Zaczynam zupełnie na serio myśleć, że zwariowałam. W końcu udaje mi się podejść. Staczam ze sobą tytaniczną walkę i w końcu udaje mi się otworzyć kopertę. Widzę staranne, kaligraficzne wręcz pismo Aleksa i zaczynam czytać:

        Najdroższa Żono!

        Jeśli to czytasz - na chwilę wstrzymałam oddech i popatrzyłam w górę by się nie rozpłakać - jeśli to czytasz, to oznacza, że żyję. To dobra wiadomość, zła jest taka, że moi przełożeni oficerowi Nhung i Kwon wsadzili mnie do wieloletniego więzienia. Wyrok jest dłuższy od czasu mojej służby. Jestem w piekle, a Ty jesteś jedyną osobą, która może mnie ocalić. Chociaż nie będzie to ani łatwe, ani bezpieczne. Czuję się jak ostatni tchórz prosząc Cię o to. Jednak każdy kolejny dzień tu, każda kolejna tortura sprawiają, że jestem coraz słabszy, coraz bardziej zdesperowany. Jestem tu od pół roku (zostałem schwytany tydzień po naszym ostatnim spotkaniu) i nie wiem ile jeszcze jestem w stanie wytrzymać.
        Teraz musisz się skupić i zapamiętać wszystkie możliwe dane, ponieważ ta wiadomość musi ulec zniszczeniu. Jestem w więzieniu, które znajduje się na terenach byłej Mongolii. Nie mam nazwiska, ani imienia, mam numer. Pierwsze trzy cyfry to cyfry oznaczające więzienie, nikt z nas ich nie zna, kolejne trzy to przestępstwo, które popełniłem (963) - musisz koniecznie sprawdzić, co to oznacza, ponieważ, moje przestępstwo, może podlegać karze egzekucji; ostatnie trzy cyfry, to mój numer porządkowy (315). Zanim wyruszysz do Mongolii znajdź mnie w którejś z kartotek służb bezpieczeństwa. Pamiętaj o nazwiskach oficerów, to może być kluczowe dla Twoich poszukiwań. Gdy dostaniesz się już do więzienia, wierz mi będziesz wiedziała co robić. Ja będę wtedy już w stanie Ci pomóc, zając się ucieczką. Zanim jednak to wszystko się zacznie...w mojej skrytce, w której trzymam zdjęcia mam ukryte pieniądze, które to wszystko pozwolą Ci to wszystko zrealizować.
        Mężczyzna, który przyniósł Ci list to Franz, mój współwięzień, nie musisz się go obawiać. Fakt, że , dostarczył Ci wiadomość oznacza, że udało mu się zbiec. We właściwym czasie pomoże Ci wszystko zorganizować i załatwić. Będzie się Tobą opiekował. On już wie, że musicie odnaleźć Szamila Kasajewa - to Czeczen, który służył w mojej jednostce. Jest w stanie podrobić wszystko i to on Ci dokumenty. Najpierw zwolnienie z pracy, potem fałszywe paszporty
        i dokumenty wyjazdowe.
        Jeśli proszę o zbyt wiele zniszcz tę wiadomość. Wiedz, że jesteś miłością mego życia, mimo wszystko. Jeżeli zdecydujesz mi się pomóc przekaż wiadomość przez Szamila. Kocham Cię!

        Twój mąż Aleksiej Antonowicz Winogradow

        Nie wiedziałam jak zareagować. On żyje, to była pierwsza i najważniejsza wiadomość. On pisze, że mam go ratować, daje mi nawet wskazówki jak...ale ja jestem zwykłą kobietą, pracownicą fabryki, a nie szpiegiem. Wiedziałam, że musze go ocalić, ale nie wierzyłam, że to może się udać. W nocy nie spałam. W głowie ciągle toczyłam walkę od gotowości, brawury i chęci walki, przez rozpacz i rezygnację...po myśli, których wstydziłam się nawet przed samą sobą: jak on mógł mnie o to prosić?! jak mógł chcieć mnie tak narazić? Przecież wie, jak bardzo się zmieniłam od czasów, gdy wyjazd do Afganistanu bez zastanowienia to była dla mnie pestka. Zresztą Afganistan, a wyciągnięcie męża z wojskowego więzienia w totalitarnej Republice, a do tego jeszcze ucieczka....to nie mieściło się w mojej głowie.
        Gdy o szóstej rano zapaliły się światła, ja już podjęłam decyzję.
        • lvova Rozdział IV 24.10.12, 10:32
          Obudziłam się z bólem głowy. Zjadałam szybko śniadanie i zaczęłam szukać skrytki Aleksieja. Mój genialny mąż niestety nigdy nie podzielił się ze mną informacją, gdzie chowa swoje "skarby". Uznał, że im mniej o tym wiemy, tym lepiej dla nas. To, które wpadnie, nie wsypie drugiego. No cóż, jak widać nie była to najlepsza koncepcja.
          - Cholera!! Gdzie to jest?! Alosza idioto! Jak ma Cię wyciągnąć z tego syfu, skoro sam zamiast mi ułatwić, utrudniasz!!
          Tak, zawsze byłam niezwykle czuła. Ani śladu skrytki w szafie, ani w łóżku, ani w kuchennych szafkach. Po pięciu godzinach, została już tylko łazienka. Byłam wściekła, rozczochrana i brudna.
          Nie miałam zupełnie pojęcia, gdzie on to schował. W łazience, były tylko kafelki i rura prysznicowa. Nagle mnie olśniło! Zaczęłam dokładniej przyglądać się kafelkom. Wszystkie były tej samej wielkości, w tym samym wyblakłym odcieniu niebieskiego. Po przejrzeniu kilku rzędów zauważyłam, uszkodzoną płytkę. W prawym górnym rogu ledwie można było dostrzec delikatne pęknięcie. Potarłam je palcem, ale nic się nie wydarzyło. Spróbowałam ją oderwać, ciągle nic, rysa jak była, tak została. Wiedziałam, ze to tu musi być i że teraz nie mogę się już poddać. Płytka jednak nie chciała się ruszyć…dopiero , gdy przypadkowo biorąc zamach, pchnęłam ją, a ona zapadła się w ciemności. Oto skrytka mego męża! W środku leżało kilka rulonów, w które zwinięte było 5000-wonowe banknoty. Nawet nie chciałam wiedzieć, jak Alosza wszedł w ich posiadanie. Obok leżały nasze zdjęcia ślubne, a także jedno z okresu narzeczeństwa. Pochodziło z Turcji, staliśmy objęci pod palmą, a za nami rozciągał się widok na przepiękną plażę. To były nasze ostatnie wspólne wakacje. Na odwrocie kartki widniał napis: Jeśli kiedyś zostanę Twoją żoną, to TY będziesz nam gotował ! Kocham Cię! D. W naszym związku odwieczny spór o gotowanie, został brutalnie rozwiązany przez rzeczywistość. Na samym dnie skrytki zobaczyłam mały, zwinięty w kostkę skrawek papieru. W środku było zapisane cyrylicą:

          Franz Rehm[1]
          Kombatantów 3 / 78
          (wymykaj się tam tylko wieczorem, nie uprzedzaj)

          Skoro bez uprzedzenia, to spróbuje jeszcze dziś. Najpierw musze się jednak dowiedzieć, gdzie leży ta ulica. To chyba inna dzielnica. W domu nie ma żadnej mapy, mój mąż musiał mi zostawić jakąś podpowiedź. Alosza wiedział, że w przeciwieństwie do niego zawsze się gubiłam. Zaczęłam dokładniej przyglądać się kartce i w końcu znalazłam moją podpowiedź, starannie dopisane ołówkiem: METRO . Wiedziałam, że dziś wieczorem będzie mnie czekać ciężka wyprawa.
          Po kilku godzinach, tuż po 20 wyszłam z domu. Muszę zdążyć przed godziną policyjną Dojście do metra zajmuje mi około15 minut. W środku na mapce zobaczyłam, że ulica Kombatantów znajduje się w dzielnicy Portowej, uznawanej przez nasze władze, za najbardziej niebezpieczną. Mam nadzieję, że nie będę musiała przechodzić, przez żadną kontrolę. Byłam tam tylko raz i to w ciągu dnia. Nie była to zwykła dzielnica, przypominała raczej slumsy Rio niż eleganckie osiedle sypialniane, którym podobno była przed Wielkim Przewrotem. Wysiadam i mimo, że jeszcze nie ma zmroku mam gęsią skórkę, czuję jak bardzo tu nie pasuje w swojej kremowej sukieneczce. Muszę jak najszybciej znaleźć Kombatantów. Wszędzie latają mewy, które co chwile żerują na porozrzucanych dookoła śmieciach. Jest tu tak źle, że policja nawet nie próbuje zaglądać. Powszechnie wiadomo, że gdy dostaniesz tu przydział, to system postanowił Cię wydalić. Co chwilę spotykam pijanych mężczyzn,
          a każdy z nich zaszczyca moją osobą komplementem, lub propozycją. Po półgodzinnym włóczeniu się dostrzegam cel swojej podróży. Kombatantów 3 to praktycznie mieszkalny wieżowiec. Na oko ma około 30 pięter. Odnajduję klatkę i podbiegam do windy. Jestem taka podekscytowana. Tyle dokonałam, znalazłam skrytkę, dziś jeszcze porozmawiam z Franzem. Razem odnajdziemy Aloszę i wszystko wróci do normy. Na ostatnim piętrze, naciskam dzwonek
          i czekam na tego, który wyłoni się z najbardziej obskurnych drzwi wszechświata.
          • lvova Rozdział V 24.10.12, 10:34
            Drzwi otwiera mi siedemnastoletni chłopak. Ma na sobie przetarte dżinsy i koszulkę z nadrukiem AC / DC. Chwyta mnie za rękę i delikatnie wciąga do środka. W mieszkaniu poczułam słodki i mdły zapach marihuany. Ludzie siedzieli dosłownie wszędzie, czasami ciężko było przejść. Wiele osób nie przejmowało się widzami swoich miłosnych igraszek. Wszyscy byli ubrani , chociaż zniszczone ciuchy. Na jednej z kanap dostrzegłam Franza. On też mnie zobaczył, po chwili do mnie podszedł.
            - Alosza mówił, że mnie szybko znajdziesz i miał racje.
            Wypowiedział te zdanie powoli i z wyraźnym wysiłkiem. Cały czas lustrując przy tym moje ciało. W pierwszej chwili byłam zaskoczona, potem przyszła wściekłość. Rozejrzałam się po pokoju.
            - Jeżeli tak wyglądają dysydenci, to nie dziwię się, że Republika ciągle stoi.
            Popatrzył na mnie zdezorientowany.
            - Słucham?
            - Jesteś totalnie nawalony. Nie..
            Do Franza podeszła dziewczyna. Była smukła i wysoka, wyższa nawet od niego. Miała na sobie krótki czarny top, który ledwo zasłaniał pokaźny biust, skórzaną mini spódnicę i porwane pończochy. Proste, czarne włosy, sięgające aż do bioder, współgrały z śniadą cerą. Wyglądała na Indiankę. Mocno przyćpaną Indiankę.
            - Shavonda[1]
            Faktycznie Bóg nie szczędził Ci łask, pomyślałam.
            - Dora Winogradow.
            Nie wyglądała na szczególnie zainteresowaną nową znajomością. Zaczęła dziko całować szyję mężczyzny, a jej niecierpliwe ręce sięgały coraz niżej. Na szczęście dla mnie Franz ją opanował.
            - Shav – odsunął ją lekko i przez chwilę spojrzał na mnie nieprzytomnym wzrokiem – Shav mam tu sprawę do załatwienia, poczekaj w moim pokoju.
            Dziewczyna zniknęła.
            - Popełniłam błąd przychodząc tu. Myślałam, że mi pomożesz, a Ty ledwo stoisz na nogach - myślałam, że rozpłaczę się ze złości. – Pieprzę to znajdę go bez Ciebie.
            Już miałam wychodzić, gdy on szybko przyciągnął mnie do siebie. Nie pozwalając mi się wyrwać, pchnął mnie na stojące obok łóżko. Byłam przerażona, ale nie zamierzałam poddawać się bez walki. Franz jednak wyglądał jakby w jednej chwili wytrzeźwiał.
            - Posłuchaj Aniele, doskonale wiem jaka jesteś i wiem, że Aleksy stanowczo zbyt łagodnie się z Tobą obchodził! Ale teraz jesteś w moim domu, na moim terenie i zdecydowanie potrzebujesz mojej pomocy!
            - Niczego nie potrzebuję!
            - Zamknij się i słuchaj! Nie możesz być na tyle głupia, by się nie zorientować, że potrzebujesz mnie chociaż tylko po to by tu spędzić noc, jeżeli nie resztę życia. Chyba wiesz, że z tej dzielnicy nie ma powrotu. Od 21-szej jesteś oficjalnie zaginiona i lepiej dla Ciebie by nikt z policji Cię nie odnalazł. O Aloszy pogadamy jutro! Póki co – odwrócił się – Gemma! Pomóż tej anielicy, przeistoczyć w jedną z nas.
            W drzwiach pojawiła się niska blondynka, z krótko przyciętymi włosami. Miała na sobie czarną tunikę i szorty. Glany, na jej nogach wydawały się być starsze ode mnie.
            - Popatrz…w tej białej sukieneczce, jest bardziej widoczna, niż armia radziecka na pustyni. Co też sobie myślałaś przychodząc tak tu ubrana?
            Nie odezwałam się byłam zbyt wściekła i upokorzona.
            - Gem błagam wykombinuj coś, a ja póki co wracam do Shavondy. Mam nadzieję, że nie usnęła.
            - Okej, luz. Zostaw już nas same. – odpowiedziała z silnym irlandzkim akcentem.
            Gemma popatrzyła na mnie z politowaniem.
            - Chodź pójdziemy do mojego mieszkania, tam są ciuchy, wybierzesz coś dla siebie, a potem prześpisz się w moim pokoju.
            Pokiwałam głową.
            - On zawsze tak robi, Ciebie potraktował jeszcze łagodnie…wierz mi. Nie zdarzyło się jeszcze, żeby chłopak na dzień dobry nie dostał po mordzie.
            - Nie jestem chłopakiem – roześmiałam się, przez szklące się w moich oczach łzy. Jestem kobietą.
            - No fakt, kobiecie jeszcze nie przylał…nie w ten sposób – puściła figlarnie oczko, poczym się roześmiała.
            Przeszłyśmy razem do mieszkania obok, gdzie znajdowała się najprawdziwsza filmowa garderoba. W Całym mieszkaniu, oprócz jednego pokoju, w którym stało łóżko pełno było nim ubrań rodem „Matrixa” i rockowych teledysków.
            - Wybierz mądrze, bo możesz wybrać tylko jeden zestaw i będzie Ci musiał wystarczyć na naprawdę bardzo długo.
            - Chcesz powiedzieć, że Shavonda zawsze tak wygląda?
            -Tak…z tym, że ona bardzo rzadko opuszcza nasze piętro…inni starają się nie wyróżniać wśród mieszkańców portowej dzielnicy. Oczywiście, jeżeli zostanie Ci powierzona jakaś misja.. lub to po co tu się zjawiłaś zacznie się dziać.
            - Ile mam czasu? – spytał znad puchowej spódniczki
            - Cała noc, moja droga!
            Byłam zdezorientowana, zła i zmęczona, ale widok tylu ubrań dosłownie postawił mnie na nogi i dodał energii. Gdyby Gemma mi pozwoliła przymierzyłabym dosłownie wszystko. Po 2 godzinach wybrałam krótką, prostą, czarną sukienkę, kozaki, na ramiona narzuciłam płaszcz z zielonego, sztucznego futra.
            - Wyglądasz jakbyś od dziecka nie wytknęła nosa poza Portową! – krzyknęła zachwycona Irlandka.
            - Bez Ciebie bym tego nie osiągnęła.
            - Teraz prześpij się u mnie, jutro czeka Cię ciężki dzień, Franz pewnie będzie chciał z Tobą porozmawiać i zacząć szkolenie…
            - No właśnie Franz… czy….czy to musi być on?
            - Nie wiem, ale Twoja sprawa, jest albo bardzo ważna dla naszego ugrupowania, albo dla samego Franza, bo zazwyczaj nie zajmuje się żadnymi sprawami, które dotyczą kogoś z zewnątrz. W pomoc ‘zwykłym obywatelom’ angażuje szeregowych żołnierzy, których pewnie niebawem poznasz.
            - Rozumiem…dzięki. Gemma mam nadzieję, że ta rozmowa zostanie między nami.
            - Oczywiście. Polubiłam Cię, więc dam Ci radę. Nikomu tutaj się nie zwierzaj…no może poza Franzem. Nawet mnie nie mów o celu twojego pobytu. Nigdy nie krytykuj Franza. Ja to jedno, ale zawsze może to usłyszeć ktoś nie powołany…nie ufaj nikomu, niestety w tych czasach przyjaźń to rzadki dar.
            - Tak, masz rację. Mimo wszystko dziękuję, potrzebowałam odreagować, to co się wydarzyło.. to dla mnie szok.
            - O szoku, zmęczeniu, depresjach, zawsze i wszędzie możemy pogadać, ostrzegam Cię tylko przed powiedzeniem zbyt wielu rzeczy.
            -Jasne, jeszcze raz dzięki.
            - A teraz koniec tych pogaduszek, jutro przed Tobą ciężki dzień. Kolorowych…
            i erotycznych! – uśmiechnęła się Gemma
            - Tobie również – przykryłam się kołdrą. Nawet nie wiem, kiedy usnęłam.
            • rena-ta49 Re: Rozdział V 24.10.12, 13:23
              Podaj tytuł tej książki ,to o Korei zapewne ?
              • lvova Re: Rozdział V 24.10.12, 13:31
                A nie ma tytułu,jest tekst i tyle,10 rozdziałów aż smile
                • rena-ta49 Re: Rozdział V 24.10.12, 13:40
                  Rozumiem , myślałam że to z książki tekst.
                  • lvova Re: Rozdział V 24.10.12, 13:48
                    to chyba bedzie książka smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka