lvova
19.10.12, 20:31
Przeciągnęłam się leniwie. Jeszcze kilka błogich chwil zanim otworzę oczy. Przesuwam dłonią po prawej stronie łóżka. Jest nienagannie czysta, prosta i biała. Aloszy jeszcze nie ma. Wróci dopiero za trzy dni. Moja dłoń dociera do poduszki. Od trzech lat - nie licząc kilku tygodni wolnego, kiedy Aleksiej wraca do domu i zajmuje prawą stronę łóżka - cały czas tak samo się budzę.
Aleksiej mój mąż, trafił do wojska, zaraz po naszym ślubie i Wielkim Przewrocie w 2012 roku. Nigdy nie był zainteresowany armią, ale niestety System zainteresował się nim. Przed Wielkim Przewrotem Aleksieja można byłoby określić jako typowego Rosjanina: blada cera, duże ciemne oczy, wysoki, chudy brunet, który nawet o porannej wyprawie do sklepu opowiadał zamaszyście. To chyba jego temperament i niezwykła siła mnie tak uwiodły. Dziś kategoria nie istnieje, została zdelegalizowana, dziś wszyscy jesteśmy obywatelami Ludowej Państwowej Republiki . Tym samym mój Alosza, to już nie Alosza, a Min - ho, a ja nie nazywam się już Dora, a Shin. Nie nazywamy się Winogradow, a Nahn. Wszyscy mówimy w języku, który jest mieszanką północnokoreańskiego i kilku chińskich dialektów. Z Aleksiejem (poza oficjalnymi sytuacjami, nie jestem w stanie nazywać go inaczej) poznaliśmy się na Kaukazie: ja byłam wolontariuszką, on dziennikarzem. Przez dwa lata naszego związku zjeździliśmy prawie całą wschodnią Europę i Azję. On pracował, ja spełniałam się w pomaganiu innym. Wieczory mieliśmy tylko dla siebie. Uwielbiam wspominać te czasy, za każdym razem, po przebudzeniu. To sprawia, że chociaż przez chwilę mój mąż jest znowu ze mną.
Moje stopy dotykają zimnej podłogi. Nocna koszula przylega do moich dużych piersi i niemałego brzucha. Czarna koronka kończy się na wysokości ud. Piżama to jedyna strefa mojej wolności, oczywiście nabyłam tą jak i inne nielegalnie. Powinnam spać w aseksualnym, bawałenianym, szaro - białym potworze, ale nie zamierzam odpuszczać sobie tej ostatniej przyjemności. Niecierpliwe mierzwię włosy. Zawsze przed przyjazdem Alexa zdobywam gdzieś w podziemiu, piękną satynową lub muślinową, niezwykle kobiecą koszulę nocną. Myślę, że zarówno on i ja na to zasługujemy. Poza mną wszystko w mieszkaniu jest zunifikowane. Tak jak w całym kraju: mam białą sypialnię, niebieską łazienkę, żółtą kuchnię i zielony salon, do tego odpowiednio i wymiarowo dobrane zasłony i dywany, oraz drewniane meblościanki w każdym z pomieszczeń. Wszyscy obywatele żyją dokładnie w takich samych mieszkaniach, w takich samych blokach. Nienawidzę tych mieszkań. Tęsknię za swoim starym domem, w którym się wychowałam i w którym mieszkałam przez okres swego narzeczeństwa. Brakuje mi tych nierówno pomalowanych, na najdziksze kolory ścian, mebli z białej brzozy, unikalnego zapachu kuchni. Teraz wszyscy mamy to samo, w imię równości i braterstwa.
"Najciekawszym" elementem mieszkania jest szafa. Stoi w sypialni zaraz za łóżkiem. W środku wiszą wszystkie moje kreacje. Długa zimowa kurtka, sześć sukienek (każda na inny dzień tygodnia) o prostym kroju z boku mają zamek, a na piersi wyszyte małymi literami moje nazwisko. Zaraz obok - sukienka na niedzielę - od poprzednich różni się tylko rozkloszowanym dołem. Wszystkie są w kolorze beżowym, który oznacza przynależność do konkretnego zakładu, w moim przypadku - Fabryki. Nie mogę oczywiście zapomnieć o odświętnej, czerwonej sukience. Na dnie szafy stoi kosz z bielizną, która jest okropna, źle uszyta i dobrana, trzy pary tenisówek oraz jedna para zimowych kozaków. To wszystko nie byłoby w połowie tak straszne, gdyby nie fakt, że podobna garderoba znajduję się w każdym z 10 000 mieszkań na moim fabrycznym osiedlu. To oznacza, że nie widuję kobiet inaczej ubranych niż ja. Oczywiście włosy musimy mieć związane dokładnie tak samo: wyprostowane
i splecione w warkocz. Jeżeli chodzi o wagę, wzrost rasę czy kolor oczu, wszystko co sprawia, ze się od siebie różnimy, nie możemy o tym mówić, to jeden z najważniejszych, fundamentalnych wręcz zakazów Republiki. W każdym poniedziałek o godzinie 6 rano mamy kontrolę czystości, co w praktyce oznacza przeglądanie i przeszukiwanie naszych mieszkań w celu znalezienia rzeczy nielegalnych - na przykład pięknej satynowej bielizny, normalnych ubrań, pończoch. Ja na szczęście mam dobra skrytkę.
Inną rzeczą, której nie możemy posiadać są zdjęcia. Mam tylko trzy fotografie ślubne głęboko ukryte, Alex ma również gdzieś schowany swój komplet. Oficjalnie każdy wraz z mieszkaniem otrzymuje trzy duże portrety: jeden naszego przywódcy, drugi jego ojca, a trzeci jego dziadka, który to wszystko wymyślił i wprowadził w życie. Nasze zdjęcia rodzinne, z wakacji itp. mogłyby nam przypomnieć, że jesteśmy osobnymi bytami. Podobnie jak muzyka, której tez nie możemy mieć, a jedyna, której możemy słuchać, to ta nadawana przez radio. Pseudofolkowe pieśni robocze, które po 15 minutach sprawiają, że tęsknisz za ciszą, a muzykę postrzegasz jako największe zło tego świata. I nie wiesz co jest tak naprawdę gorsze: głupkowata melodia czy tendencyjne, prostackie słowa. Tak jest ze wszystkim. Inna sprawa, ze wszystko można sobie zorganizować, o ile nie boisz się sprowadzenia na siebie i najbliższą rodzinę wyroku długoletnich robót...no właśnie nikt tak naprawdę nie wie gdzie znajdują się te obozy poprawcze, jak określa je partia. My z Alexem podjedliśmy wspólnie decyzję o ryzykowaniu naszych żyć dla kilku szmatek
i zdjęć. Nie jesteśmy rewolucjonistami, nie jesteśmy bojownikami o wolność, ani reakcjonistami. Jesteśmy młodym małżeństwem, które dwa razy do roku przez dwa tygodnie chce zapomnieć o tym całym szajsie i zatopić się w swojej miłości. Brzmi kiczowato? Gdy widzę Aloszę, nawet banał przestaje mieć znaczenie.