Hej dziewczyny

A więc i ja urodziłam już,dziś wyszliśmy ze szpitala, termin miałam na 3.10.
Ogólnie poród wspominam jako masakre.
Przyjechałam do szpitala 25.09, o 20.00, godzine po odejściu wód płodowych,
niestety zadna akcja skurczowa sie nie pojawiła, leżałam na porodówce w sumie
21 godzin, przez pierwsze 12 leżałam i miałam lekkie skurcze, nasępnie kolejne
9 godzin podawali mi końskie dawki oksy, pięć razy zwiększane po czym załamali
ręce i uznali że muszą robić cesarkę.
Niestety moim zdaniem nie byłam dobrze znieczulona i wszystko czułam co
robią,jak mi flaki wyciągaja,okropne uczucie, byłam tak zmasakrowana że nawet
jak mi dziecko pokazali po wyjęciu to mnie nawet to niezbyt obchodziło. No ale
najgorsze oczywiście to dochodzenie do siebie po cesarce, ja pojęcia nie
miałąm że to tak jest, chyba też dlatetgo że się jej kompletnie nie
spodziewałam, po ciąza wrecz ksiązkowa. Najgorsze po zabiegu było błaganie o
coś przeciwbólowego, pielegniarka mi ściemniala ze mi dała, po czym sie
okazywalo ze podala mi albo oksy ( wiec bol jeszcze wiekszy) albo płyny albo
coś. Ech obojętność w szpitalach jest straszna.
No ale teraz dochodze do siebie i zaczynam zapominac jak to bylo bo mam
swojego skarba przeslicznego, przepieknego najcudowniejszego.
Gratuluje wszystkim mamusiom i życze cierpliwosci nierozpakowanym