Gość: Gabriela
IP: *.dynamic.chello.pl
05.03.12, 11:49
Mam 6-letnią córkę w pierwszej klasie SP 4 na Walerego Sławka w Warszawie. Uczulam rodziców, że pierwsze zetknięcie z tą szkołą może być lekką traumą i podróżą powrotną do czasów PRL. Kiedy próbowałam złożyć podanie o przyjęcie córki do tej szkoły, na "dzień dobry" zostałam objechana, że się pcham do sekretariatu, chociaż 1 petent (tak się wyraziła jedna z urzędujących tam pań) już tam jest. Niestety, musiałam się o tym przekonać wchodząc (niestety bez pukania, bo drzwi obite są jakimś skóropodobnym "wygłuszaczem"), ale panie były jak atakujące kobry. Stałam kolejne 10 minut pod drzwiami, jak mała ukarana dziewczynka, którą za złe zachowanie nauczycielka wyrzuciła za drzwi. Wreszcie, po wyjściu jakiejś matki, znowu ośmieliłam się wsunąć głowę między drzwi i futrynę oraz pytającym wzrokiem oczekiwałam zezwolenia, ale padło tylko - "proszę jeszcze poczekać za drzwiami, zawołamy". Kolejne 5 minut stania, za mną już kolejna osoba zmuszona uczestniczyć w całej tej ceremonii, w końcu wyszła jakaś kobieta i poprosiła mnie do środka. Obejrzała podanie i od razu oznajmiła, że nie mam tu czego szukać, bo jest tylu chętnych, że dziecko się nie dostanie, odparłam, że zaryzykuję, poczekam, aż rekrutacja dobiegnie końca i wtedy będę się martwić. Panie z wyrazem niesmaku na twarzach stwierdziły, podkreślając to co najmniej dwukrotnie, że jestem tu niezameldowana (tylko na drugim końcu Warszawy), a oczekuję, że oni mają dla mnie miejsce. Odparłam, że nie moja wina, że przy wynajmie mieszania żaden właściciel nie chce meldować nawet czasowo, pomijając fakt, ile osób z dalszych rejonów Polski (a nie tylko z innej dzielnicy) też musi gdzieś posłać dzieci do szkoły, a nie będą ich wozić z Warszawy do Sochaczewa na przykład. Oburzenie pań było ogromne, a na dodatek zdziwienie, że śmiem w ogóle dyskutować. Powinnam przecież przepraszać, że żyję, jak moja matka 40 lat temu, gdy zapisywała mnie do rejonowej szkoły, ale pani sekretarka akurat nie miała humoru i postanowiła wyjść sobie wcześniej z pracy, bo, "nie miała nerwów do tej roboty", więc wolny dzień z pracy na załatwienie tej sprawy przepadł. Summa sumarum córka dostała się do szkoły, a nawet były jeszcze wolne miejsca. Niestety, dyrekcja lubi rządzić w stylu gomułkowskim i trzymać krótko, żeby przypadkiem rodzice nie pomyśleli, że mają w tej szkole coś do powiedzenia, śmieszą mnie te wszystkie Rady Rodziców itp. organizacje żyjące złudzeniami, że mają na cokolwiek w tej szkole wpływ.