dobrzenwielki
13.01.06, 13:28
- Marszałek Sejmu stracił zdolność kierowania Izbą - uważa prof. Stanisław
Gebethner, jeden z najwybitniejszych polskich konstytucjonalistów.
Stanisław Gebethner jest wybitnym znawcą prawa, współtwórcą Konstytucji RP,
uchwalonej w 1997 roku. Pytamy go, czym może zakończyć się kryzys,
narastający w Sejmie od środowego wieczora.
- PiS i opozycja po pełnym zwrotów dniu dogadały się wczoraj wieczorem w
kwestii głosowania nad budżetem. Czy kryzys konstytucyjny został zażegnany?
- Porozumienie oddala krażące nad Sejmem widmo chaosu. Trudno nawet
przewidzieć, co mogłoby się zdarzyć, gdyby politycy PiS oraz opozycji nie
zawarli kompromisu. Nie mieliśmy wprawdzie do czynienia z kryzysem
konstytucyjnym, ale bez wątpienia był to najgłębszy od lat kryzys polityczny
w polskim parlamencie.
- Jeszcze wczoraj wieczorem 305 posłów opozycji rozważało obradowanie nad
budżetem bez zgody marszałka Sejmu. Czy ich uchwały miałyby moc prawną?
- Chyba pierwszy raz w życiu nie wiem już, co miałoby moc prawną. To byłby
rokosz, nieróżniący się niczym od najgorszych tradycji polskiego
parlamentaryzmu. W Sejmie odżyły wczoraj demony sprzed 250 lat.
- Tylko pytanie, kto byłby rokoszaninem. Czy Marek Jurek, sprzeciwiający się
woli większości posłów, czy opozycja, nierespektująca poleceń marszałka?
- Posłowie nie stracili zdolności do pracy, oni chcieli uchwalać budżet.
Marszałek z pewnością utracił natomiast moc wypełniania swych obowiązków i
kierowania Izbą. Przynajmniej czasowo był to fakt bezsporny.
- Kryzys zaczął się, gdy wicemarszałek Marek Kotlinowski z LPR poddał pod
głosowanie wniosek Romana Giertycha, otwierający drogę do uchwalenia budżetu
już w sobotę. Marszałek Jurek twierdzi, że to głosowanie było bezprawne. Kto
ma rację?
- Tu akurat rację ma marszałek. To, co Sejm przegłosował na wniosek posła
Giertycha, nie było nawet wnioskiem formalnym, ponieważ w tamtym momencie
Sejm obradował nad zupełnie innym, niezwiązanym z budżetem punktem porządku
obrad. Środowe głosowanie, o którym mówimy, jest bez znaczenia, bo zostało
podjęte wbrew regułom postępowania parlamentarnego.
- W czwartek marszałek Marek Jurek przez 10 i pół godziny odmawiał wznowienia
obrad Sejmu. Czy taka sytuacja w świetle prawa mogła trwać w nieskończoność?
- Marszałek Sejmu jest władny wstrzymywać obrady jak długo zechce. Tylko
robił niemądrze i doprowadzil do ogromnego zawirowania. Jak to się w stanie
wojennym mówiło - stracił zdolność kierowania. Dobrze, że udało się wybrnąć z
tej sytuacji.
- Wspomniał pan o widmie rokoszu w Sejmie. Każdy rokosz kiedyś się kończy i
trzeba wrócić do normalności.
- Mamy do czynienia z chorobą, trzeba czekać na przesilenie.
- Przesilenie, czyli co?
- Najprawdopodobniej przedterminowe wybory. Skoro marszałek Sejmu postępował
głupio, zaś Sejm z tego powodu stracił moc działania, a tak moim zdaniem
było, należy rozwiązać parlament i odwołać się do woli narodu. Taka
perspektywa wcale nie została rozwiana porozumieniem zawartym w kwestii
budżetu. Nie rozwieje jej nawet ewentualna koalicja PiS-Samoobrona-LPR.
Tomasz Gdula