Gość: fanny
IP: *.chello.pl
21.08.03, 21:35
Na początek mała dygresja.
Nie przepadam za chodzeniem do knajpy. Zbyt często bowiem mam wrażenie, ze
ktoś (właściciel, kucharz, kelnerzy) usiłują zrobić mnie w konia. Obsłudze
wiele można zarzucić, a jakość jedzenia w stosunku do jego ceny jest
beznadziejna. Wkurza mnie to, ze w środku lata szpinak pochodzi ewidentnie z
mrożonki, zamiast oryginalnych, droższych dodatków są jakieś marne ersatze, a
alkohol jest chrzczony. Nie lubię przepłacać za tego typu „przyjemności”.
Taki już sknerus ze mnie.
W Domu Polskim rachunek nie był mały, ale miałam świadomość, ze wszyscy
ciężko sobie na to zapracowali, kupiłam towar pierwsza klasa.
Wnętrze mile dla oka, ładnie skomponowane, krzesła wygodne, światło
dyskretne, ale dobrze widać, co na talerzu.
Maître d' miły, uważny, cały czas miał oko zarówno na gości, jaki i na
obsługę, kelnerzy grzeczni, ale bez służalczości, żadnego rozkładania
serwetek na kolanach, czy innych tego typu zachowan.
Zaczęliśmy (byłam z mężem) od kiru. I tu kolejny mały plusik. W aperitifie
czuć było creme de cassis, a nie syrop porzeczkowy, jak to mi się zdażyło nie
raz w warszawskich knajpach.
Wybraliśmy potrawy i przyniesiono nam czekadełko. To tutaj koszyk pieczywa,
masło i twarożek z ogórkiem i rzodkiewką, bardzo smaczny. Miłe jest, ze jak
zje się pierwszy, to zaraz przynoszą drugi, a nie sprzątają talerze do kuchni.
Właściwy posiłek zaczęliśmy od koniny, ja w tatarze, mąż w końskiej wariacji
carpaccio, czyli „cienkich plastrów koniny parmezanem i rukola sypanych”. Tu
minus, bo to raczej potrawa włoska, nie polska, ale w smaku była absolutnie w
porządku.