Na zachód od Odry i na południe od Moraw postępowanie służb drogowych ze śniegiem jest nudne jak flaki z olejem. Kiedy pada śnieg jeżdżą pługi - z gumową krawędzią - i zgarniają go z dróg i autostrad. Resztki śniegu posypywane są solą i zostaje czarna jezdnia. Jeżeli śnieg dalej pada powtarzają operację. Tam gdzie ruch jest niewielki i nie wolno solić resztki śniegu są posypywane żwirkiem o kilkumilimetrowych ziarnach - działa on nawet, gdy przykryje go niewielka warstwa śniegu. No i mamy nudziarstwo - swobodną jazdę po drogach o dobrej przyczepności.
Nasza słowiańska tradycja jest inna. Śnieg posypujemy niewielką ilością soli. Powoduje to, że drogi są pokryte warstwą tzw. błota pośniegowego, czyli mazi, która powoduje, ze samochód trudniej opanować niż na śniegu czy lodzie, ale dumnie ogłaszamy, że mimo opadu śniegu (i to "aż" 5-10cm!) drogi są przejezdne. Po dniu - dwóch przychodzi ocieplenie i ta maź spływa. Jeżeli nie przychodzi ocieplenie, to uparte działanie opon samochodów powoduje podobny skutek po trochę dłuższym czasie. To nasza specjalność, dzięki temu opad kilku centymetrów śniegu staje się w Polsce wydarzeniem. Niemcy, Francuzi, Austriacy czy Włosi mają gorzej, oni muszą czekać na pół metra śniegu żeby mieć takie atrakcje. Aha, mamy jeszcze tzw. utrzymanie dróg czy ulic bez użycia środków chemicznych. Dokładniej - beż użycia czegokolwiek, niech sobie jeżdżą po śniegu stopniowo ujeżdżanym na lód.
I niech tak zostanie na zawsze! Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i drogowców nam germanił!