emes-nju
09.05.14, 14:36
Pasy rozbiegowe mają pomagać włączającym się do ruchu umożliwiając im rozpędzenie się do prędkości, z jaką porusza się główny strumień pojazdów. Tyle teorii.
A praktyka?
Codziennie włączam się do ruchu w warszawską Trasę Toruńską - ograniczenie do 80 km/h. Droga, która przechodzi w pas rozbiegowy ma ograniczenie do 50 km/h. Po dojechaniu do pasa rozbiegowego nadal należy jechać 50 km/h (teren zabudowany), bo znak podnoszący prędkość do 80 km/h jest mniej więcej w połowie długości rozbiegówki. To standardzik polski.
Od jakiegoś czasu w upojeniu usiłuję prawidłowo skorzystać z rozbiegówki na jednym z wjazdów na obwodnicę Warszawy. Na ślimaku obowiązuje (całkiem rozsądne) 40 km/h. Potem jest rozbiegówka. Na tyle krótka, że jadąc ponad przeciętnie mocnym autem z najwyższym trudem osiągam przed jej końcem 100 km/h. Na razie tyle wystarczy (chyba, że prawym pasem jedzie ktoś, kto udowadnia swoje pierwszeństwo - tak krótka rozbiegówka nie daje szans na zachowanie płynności ruchu), bo ta ekspresówka jest przy pomocy taśmy klejącej zdegradowana do zwykłej dwujezdniówki poza terenem zabudowanym.
Dla odmiany na S7 wszystkie rozbiegówki, z których korzystałem są zdecydowanie za krótkie, żeby osiągnąć 120 km/h.
Czy naprawdę "sięnieda" robić w Polsce rozbiegówek po ludzku? Czy oszczędność odrobiny asfaltu jest warta stwarzania sytuacji niebezpiecznych? Jest! Przecież nie o bezpieczeństwo i płynność ruchu chodzi, a o to, żeby było "zgodne i zatwierdzone". A że w czasie, gdy powstawały przepisy pozwalające zachować "zgodność i zatwierdzenie" po Polsce można było jechać max. 90 km/h, a ruch był o 75% mniejszy...