mejson.e
18.02.06, 17:20
Dwa wypadki z niedawnych dni.
1. Karetka zabiera rannego pieszego, sprawca stoi ok. 30 m. za przejściem.
Tyle mu zabrakło do wyhamowania.
2. Na drzewie wokół dwujezdniowej drogi owinięta stara fiesta, kierowcę
zabrał karawan. Sprawca porzucił bmw kilka kilometrów dalej i zniknął.
Nadjechał z ogromną prędkością i nie wyszło mu wyprzedzanie - uderzył w
wyprzedzaną fiestę i wepchnął ją do rowu a potem na drzewo.
Gdzie jest granica, po przekroczeniu której zamieniamy się w morderców?
Czy było to, gdy sprawca przekraczamy o 10, 30 czy dopiero 50 km/h
dopuszczalną prędkość?
Kiedy jesteśmy tylko "normalnym" kierowcą, który jak "większość" nie stosuje
się do ograniczeń prędkości, jeździ "dynamicznie", "szybko ale bezpiecznie"?
Kiedy wolno nam zabić niewinnego człowieka?
Gdy po kilkuset km jazdy po koszmarnych drogach w koszmarnym otoczeniu
jesteśmy wyczerpani i doprowadzeni do wściekłości piekłem polskich dróg?
Czy już chwilę po wyjeździe gdy chcemy przycisnąć bo taki mamy temperament,
taki kupiliśmy samochód, ze nie chcemy człapać po drogach z prędkością
rowerzysty?
A może sprawcy w/w wypadków wcale nie byli winni?
Może to pieszy wtargnął na przejście metr przed samochodem?
A kierowca fiesty to pełzacz kapelusznik, snujący się lewym pasem szrotem bez
zapiętych pasów?
Gdzie jest ta granica?
Bo na pewno gdzieś jest skoro się ją przekracza...
Pozdrawiam,
Mejson
--
Automobil
Forum pozytywnie zakręconych automaniaków.