Gość: szyszymora
IP: *.zaw.net.pl / *.internetdsl.tpnet.pl
26.02.05, 22:59
Przedstawię pokrótce moją sytuację:
Jakiś rok temu rzucił mnie facet. Przez pewien czas nie mogłam nawet patrzeć
na płeć męską. W tym czasie mój przyjaciel, Michał również rozstał się ze
swoją dziewczyną. Jedna z moich koleżanek nie robiła tajemnicy z tego, że go
kocha i dość nachalnie nawet walczyła o jego względy. Wszystko byłoby ok,
gdyby życie nie było takie pokręcone...
Otóż Michał i ja po niedługim czasie zbliżyliśmy się do siebie, głównie
dzięki jego staraniom. Teraz jesteśmy ze sobą.
No ale pozostaje jeszcze sprawa Karoliny. Zasze była dość bliską dla mnie
osobą, a odkąd jestem z Michałem stała się opryskliwa i nieprzyjemna, unika
mnie jak może - no, mogę to zrozumieć.
Problem leży w tym, że ona nie przestała się o niego starać. Nadal wszyscy
mamy ze sobą dość bliskie stosunki, jesteśmy w tej samej grupie przyjaciół.
Karolina póbuje jak może, zwierza mu się, mówi, że jest jej najlepszym
przyjacielem, przychodzi do niego do domu, umawia się z nim na piwo...
Michał ostatnio zapytał mnie, czy nie mam nic przeciwko tym jego wyjściom do
knajpy z Karoliną. Powiedziałam, że nie - nie chciałam wyjść na jakąś
despotkę, która zmusza go do życia pod pantoflem.
Oczywiście, jest inaczej... za każdym razem, kiedy oni wychodzą 'porozmawiać
po przyjacielsku', że tak powiem, bierze mnie cholera... zwyczajnie, pod moim
nosem, moja własna przyjaciółka próbuje mi odbić faceta i nawet sie z tym
przede mną nie kryje.
Kiedy siedzą sobie gdzieś w pubie, kiedy on 'robi biedaczce psychoterapię'
(ona jest przecież taka nieszczęśliwa, na studiach jej nie idzie, życie ją
męczy...), ja zastanawiam się, czy mój mężczyzna już jej uległ, czy jeszcze
nie...
Jakoś nie uspokajają mnie jego zapewnienia o miłości i wierności, bo czymże
są takie słowa wobec Karoliny w nieustającym natarciu...?
Przecież nie mogę mojemu mężczyźnie zabronić widywania się z naszą wspólną
przyjaciółką...
Czy nic nie mogę zrobić, tylko biernie się temu przyglądać, stojąc na
straconej pozycji?
Czuję, że tracę grunt pod nogami....