alunia.87
24.11.10, 22:03
Ponieważ jako pierworódka bardzo bałam się porodu i dużo czytałam to forum, przeklejam moją relację z porodu z forum dla mam listopadowych :)
Nasz Staś jest już z nami Urodzil sie w piatek 19.11. o 19.35. Dostal 10pkt, mial 3550g i 56cm.
Relację rozpoczne od poczatku - tzn. objawow porodowych, bo sama czekajac na porod codziennie ich wypatrywalam.
3 tygodnie przed porodem opadl brzuch, ale tak calkowicie dopiero pare dni przed - rozpoznalam to rozpieraniem spojenia lonowego - a wczesniej myslalam, ze juz nizej nie da sie miec brzucha od 2 tygodni chodzilam z coraz wiekszym rozwarciem. 2 dni przed porodem lekarka potwierdzila, ze glowka jest juz calkowicie przyparta (nie balotuje) i potwierdzila, ze mam juz 3 cm rozwarcie.
Ale prawdziwym objawem przedporodowym byl krwisty czop sluzowy na 22h przed wystapieniem skurczy - zreszta pisalam wtedy o tym w osobnym watku.
Porod:
W piatek przed 7 rano zaczelam czuc coraz intensywniejsze skurcze, poczatkowo co 8-10 minut. Zrobilam sobie ciepla kapiel zeby sprawdzic czy ustana (wtedy bylyby przepowiadajace) czy sie wzmocnia (cecha skurczy porodowych). Wzmocnily sie i na sile i na czestotliwosci.
Spokojnie zaczelam wiec sprawdzac czy wszystkie torby mam w pelni spakowane, najadlam sie i dalam znac Mezowi zeby wracal z pracy. W miedzy czasie zadzwonilam do poloznej ze szpitala, w ktorym zamierzalismy rodzic i .... okazalo sie, ze nie maja wolnych miejsc!! co wiecej, jesli sie jakies zwolni to biora na wywowalanie kobiete z patologii ciazy w 42tyg... ale polozna stwierdzila, ze mam zadzwonic jeszcze raz za jakas godzine.
O 11 mialam juz umowione ktg i wizyte lekarska, wiec stwierdzilam, ze moge czekac, choc skurcze byly juz co 5-6 minut. Ktg potwierdzilo akcje porodowa, lekarka zbadala rozwarcie na 4cm i bardzo cieniutka szyjke - wg niej mialam szybko urodzic. Na szczescie w miedzy czasie zwolnilo sie miejsce w szpitalu (Poznan, na Raszei).
.Po formalnosciach w Izbie Przyjec znalazlam sie na porodowce tuz przed 14, podlaczyli mnie pod ktg, niestety na lezaco a skurcze byly juz coraz gorsze.
Caly czas byl ze mna Maz - ktory nie za dobrze reaguje na widok igiel i krwi - ale jak sie potem okazalo tylko igiel. Gdy polozna zakladala mi wenflon to oblal go zimny pot i myslalam, ze mi tam zemdleje na szczescie wytrzymal
Byl ze mna przez caly porod - jego pomoc - nieoceniona! Podawal wode, pomagal mi wstawac, masowal, polewal woda w wannie, motywowal do cwiczen ktore zalecala polozna - ktore sprawialy, ze skurcze byly jeszcze bolesniejsze, ale dziecko lepiej wstawialo sie do kanalu.
Sam porod - pierwsza faza - potrwala 5h - ale moglyby byc i 3h (miedzy innymi dlatego,ze polozna przebila wody plodowe zeby przyspieszyc akcje), ale przy 9cm okazalo sie, ze synek ukosnie sie caly czas uklada, czestotliwosc skurczy slabnie (choc dla mnie byly coraz silniejsze) i ... rozwarcie 9cm stalo w miejscu przez 2h!!!
Polozna zdecydowala, ze podlaczy oksytocyne - i to byl dobry wybor bo w koncu zrobilo sie 10cm.
ale niestety to nie koniec komplikacji - faza parcia trwala 1h 35 min bo synek znow sie zle ukladal - pod ukosem. nacieli mnie najpierw jeden raz, ale to niewiele dalo.
Zamiast przec musialam to powstrzymywac, wstac i ruszac biodrami wg zalecen poloznej zeby synek sie obrocil, ale to niewiele dalo. Ja juz padalam zupelnie..
W koncu lekarze zadecydowali, ze musze przec tak jak jest synek ulozony - i poszloby ok, ale synek znow zrobil mi psikusa i gdy wychodzila glowka obrocil sie twarzyczka do gory (zamiast w kierunku jednego z ud) i trzeba bylo szybko poszerzyc naciecie i wstrzymac rodzenie sie glowki.
Wyjscie cialka dziecka - niesamowita ulga... i duma, ze urodzilam bez znieczulenia, dumna z Meza ze podszedl do porodu zadaniowo i pomagal caly czas, nawet pepowine odcial.
Potem okazalo sie, ze lekarze zdecydowali sie zebym parla gdy synek byl zle ustawiony bo wody zaczynaly sie robic zielone. Na szczescie pediatra od razu po porodzie zbadal Stasia i wszystko z nim w porzadku.
W czasie calego porodu zle wspominam to, ze z bolu mialam mdlosci, cala sie trzeslam, chwilami nie czulam rak! - podobno dlatego, ze za szybko oddychalam.
Wanna dala mi chwilowa ulge, polewanie brzucha i plecow ciepla woda troche lagodzi bol.
I czasem niestety niektore minuty to byl jeden wielki skurcz - po podaniu oxy.
Zdziwilo mnie to, ze rodzenie lozyska tez nie bylo mile - a myslalam, ze jest zupelnie bezbolesne. Ale mnie po porodzie kazdy dotyk brzucha bolal.
Musieli zalozyc mi 12 szwow, czesc wewnatrz a czesc na zewnatrz.
Ale jak podsumuje calosc to:
1. Niezastapiony byl Maz przy mnie - on sam mowi, ze najtrudniejsze bylo patrzenie na moje cierpienie, ale z drugiej strony widzial, ze swoja pomoca je troszke umniejsza - wiec jest zadowolony, ze byl ze mna i nastepnym razem tez chce byc. Przyznal sie, ze momentami wrecz plakac mu sie chcialo jak widzial co sie ze mna dzieje - i gdy np. lekarz bierze nozyce by mnie naciac.
2. Bardzo wazna jest zaufana polozna - wiem, ze bez mojej calosc bylaby trudniejsza.
3. Mysle, ze nie zakochalam sie od razu na widok mojego synka - bylam chyba zbyt wymeczona - i bardziej szczesliwa, ze to juz koniec bolu. Jednak gdy w pierwsza noc dlugo plakal, ja plakalam z nim - kocham mojego Szkrabka nad zycie, nie wiem kiedy byl ten moment zakochania
4. Porod boli, ale trwa tylko kilka godzin a nagroda jest na cale zycie.
5. Dobrze jest byc czasem niedoinformowanym - zeby sie nie stresowac (np. zielonymi wodami plodowymi o ktorych dowiedzialam sie po fakcie) czy tez zeby sie nie bac (o podaniu oxy dowiedzialam sie pozniej - balam sie go ze wzgledu na bolesnosc skurczy - polozna znala moj strach). Podajac mi oxy powiedziala o tym Mezowi a mi, ze dostaje glukoze na wzmocnienie. I dziekuje jej za to bo nie wiem czy w trakcie porodu nie odmowilabym oxy i porod przedluzylby sie i mogloby cos synkowi grozic.
Wyjscie do domu:
Wypuscili nas juz po ok. 46h od porodu.
Opisuje wyjscie ze wzgledu na to jaka niemila niespodzianka nas spotkala.
Gdy wyszlismy ze szpitala ze Stasiem i poszlismy do samochodu okazalo sie, ze ktos wybil szybe w aucie i zabral torby, ktore byly wewnatrz - miedzy innymi mojego laptopa... i iles rzeczy Stasia.A to wszystko na ruchliwej ulicy, tuz pod szpitalem!
Straty finansowe sa dotkliwe - sam laptop, naprawa samochodu, iles akcesoriow dla synka, ksiazki o pielegnacji niemowlaka itd..
Ale jeszcze gorsze jest dla mnie to, ze popsuli nam tak radosny moment jakim jest wyjscie z maluszkiem ze szpitala do domu.
Radosc, ktora nas rozpierala gdy szlismy do samochodu przemienila sie w zdenerwowanie i stres - tez dlatego, ze mielismy 2dniowego noworodka juz ubranego, wlozonego do nosidelka, tak nakarmionego zeby byl spokojny przez 1h jazdy (to ok. 50-60km od domu) a tu na dworze gdy ja sie martwie czy Stasia nie przewieje i szybko idziemy do samochodu spotyka nas taka przykra niespodzianka
Ostatecznie ja ze Stasiem ulokowalismy sie spowrotem na oddziale zeby go rozebrac z nadmiaru ubran i uspokoic, moj Ojciec po nas jechal swoim samochodem a Maz skladal zeznania na policji.
Krew mnie zalewa jak sobie pomysle jak ktos moze pod szpitalem takie cos zrobic i zabrac torby, w ktorych widac, ze sa rzeczy dla noworodka!!!
To by było na tyle :)