mimi_p
16.04.08, 22:23
Chociaż minął już prawie rok - czasem nachodzi mnie żal dlaczego się nie udało?
Ale zacznijmy od początku. Przebieg mojej ciąży był całkowicie fizjologiczny.
Nabiłam sobie głowę pomysłami o "porodzie bez przemocy". Czytałam, czytałam,
czytałam... Chodziłam do szkoły rodzenia, pływałam, ćwiczyłam (min.
wzmacniałam mięśnie Kegla), masowałam. Długo zastanawiałam się nad porodem w
domu, ale ze względu na obciążenie psychiczne (pracuję min. z dziećmi
niepełnosprawnymi) zdecydowałam się na poród w szpitalu z umówioną położną.
Pani Ela to złoty człowiek, bardzo ją polubiłam.
Cóż więc poszło nie tak? Minął termin porodu, potem tydzień, potem dziewięć
dni. Lekarz prowadzący _naciskał_ na mnie bym zgłosiła się do szpitala.
Ponieważ nie było miejsc w szpitalu gdzie chciałam rodzić, po wykonaniu KTG i
podpisaniu oświadczenia, "że na własną odpowiedzialność..." wracałam do domu.
Spacery, sprzątanie, "naturalne prostaglandyny" - żadnych efektów. No i
wreszcie po 11 dniach od terminu przyjęli mnie. Lekarz przyjmujący nie chciał
zaakceptować faktu, że znam datę poczęcia, wolał obliczać termin wg. OM (wiem,
że to standard) - co spowodowało, że termin przypadał wcześniej o kilka dni
niż ja to wyliczyłam. Więc trzeba było wywoływać natychmiast - najpierw test
oksytocynowy, potem trzy próby. Cisza. Wreszcie zaczęło się w nocy, ale
słabiutko - skurcze co 20 min, potem wszystko się wycofało, wróciło po
południu dnia następnego. Kilkanaście godzin bolesnych skurczów, bóli
krzyżowych - bo skoro rodzę tak późno to trzeba wesprzeć oksytocyną i leżeć
pod KTG. Pani Ela próbowała mi ulżyć jak tylko mogła, te chwile które
spędzałam poza łóżkiem wypełnione były masażami, wspólnym oddychaniem,
skakaniem na piłce. O 21.30 zapadła decyzja: cięcie - wody zielone, brak
postępu porodu...
Oczywiście jestem szczęśliwa, że mam zdrowe dziecko. Doceniam, że cięcie
zostało przeprowadzone szybko i sprawnie. Ale czasem żal mi, że jedyne co
zdołałam wybłagać, to to, że po porodzie pozwolili mi synka tylko po stópkach
pogłaskać - a potem go zabrali na 10 godzin i nie mogłam nic na to poradzić.
Czy po całkowicie fizjologicznie przebiegającej ciąży i porodzie drogą cięcia
cesarskiego z powodu "braku postępu" mam szansę na poród domowy?