I bynajmniej nie chodzi tu o Srajdzinkę, choć na spacerze codziennie jestem
własnie z jej powodu.
Nie wiem... może Wy macie szczęście żyć w bardziej cywilizowanym, schludnym
miejscu, ja jednak żyję pośród niezliczonej ilości... psich kup.
I to one właśnie, a raczej właściciele psów są powodem mojej ogromnej irytacji!
Pomijam już fakt, że moje poczucie estetyki zostaje porażone widokiem
trawników (obecnie są zaśnieżone) upszczonych psimi odchodami. Chodzi mi
raczej o dzieci, które w te kupy wchodzą, a chcąc się bawić śniegiem muszą
szalenie uważać (a raczej ich opiekunowie), żeby nie wziąć do ręki śniegu wraz
z psią kupą.
Mało tego - wciąż natykam się na PKP (psie kupy pieprzone

rozkosznie
"pozostawione" na środku chodników.
Mam ochotę z cała stanowczością pogryźć wszystkich właścicieli czworonogów,a
mój pan Mąż zapowiedział już zemstę w postaci powrotu kup na właściwe im
miejsce (czyli na wycieraczkę odpowiedniego domostwa) celem przyspieszonej
edukacji obywateli.
Oczywiście nie raz, nie dwa wlazłam butem w PKP.
Oczywiście, wychodząc z małą, nie mogę spuścić wzroku z chodnika, po którym
drepce, żeby uchronić ją przed kontaktem z PKP.
Oczywiście po raz trzeci, widziałam tylko DWIE osoby, które po własnym piesku
sprzątają. Jedną z nich jest moja Mama (która a)nie mieszka na moim osiedlu
b)juz i tak nie sprząta, bo sunię trzeba było uśpić), drugą pewna Pani, która
ma jamnika i... dziecko, więc chyba rozumie powagę sytuacji.
Dziś po raz kolejny postanowiłam zwrócić komuś uwagę. Ale jak zwykle spotkałam
się z chamstwem i ignorancją. Młody człowiek z bardzo ładnym, rasowym psem
spokojnie przyglądał sie jak ów pies robi kupę na trawnik, tuż obok wejścia do
mojej klatki.
Pies się załatwił, Pan go zawołał i poszedł w swoją stronę. Kiedy zapytałam
dlaczego nie sprzątnie po swoim ulubieńcu, odburknął, "bo nie" po czym
rozwinął swoją wypowiedź "bo nikt nie sprząta".
Moje spokojne prośby, tłumaczenia i argumenty zbył kompletnym milczeniem, po
prostu odwrócił się na pięcie i doszedł. Najwyraźniej miał głęboko gdzieś moje
uwagi i fakt, że spaceruję z małym dzieckiem. Ja zaś miałam ochotę dogonić go
i delikatnie... strzaskać po twarzy.
Jestem bezradna i krew mi się w żyłach gotuje.
Oczywiście latem pojawiły się na klatkach ogłoszenia, że NALEŻY sprzątać...
srutututu... I co?
I nic.