renatka_sz
12.05.06, 22:47
wiem, wiem, ze nikogo tu nie ma, ale i tak sobie ten watek zaloze. Ku
przestrodze.
Juz nigdy wiecej nie polece liniami Centralwings. Lecialam z nimi trzy razy.
Gdy lecialam pierwszy raz (wracalam z Polski po swietach), po wyladowaniu w
Dublinie czekalismy 20 minut na schody. Szafka sie darl, bo byl juz ubrany w
kurtke i czape, w samolocie goraco, w koncu musialam go rozebrac i ubierac
potem raz jeszcze, co wcale nie bylo przyjemne.
Teraz tez lecialam Centralwingsem.
Gdy lecielismy do Polski samolot mial 40 minut opoznienia, bo zepsulo sie
jakies urzadzenie wypychajace samolot do kolowania. No i siedzielismy jak
glupki przypieci pasami i czekalismy, az nas wypchnie jakas maszyna. Szafka
zadowolony nie byl, bo sie nie mogl za bardzo ruszac, a pasow nie mozna bylo
odpiac, bo samolot byl wypychany i sie przesuwal milimetr po milimetrze na pas
startowy...
Ale droga powrotna to jakis kabaret byl. Najpierw zawiadomili mailem pasazerow
o tym, ze samolot wystartuje wczesniej o godzine i 10 minut, czyli o 19.50
zamiast o 21.00. Tak wiec na lotnisku bylismy okolo 19.00. Odprawilismy sie i
czekamy, czekamy, czekamy i... Mila pani mowi milym glosem, ze samolot bedzie
opozniony, a nastepne informacje na ten temat podadza za 45 minut! Po tych 45
minutach ta sama mila pani mowi milym glosem, ze bardzo im przykro, ale z
powodow technicznych lot bedzie opozniony, a nastepne informacje beda za
godzine!!! To bylo juz przegiecie. Po paru minutach zjawil sie przedstawiciel
Centralwings i poinformowal, ze zepsul sie samolot i ze czekaja na zastepczy z
Warszawy. No i ze odlecimy miedzy 21.00 a 22.00. I zaprosil wszystkich na
darmowy posilek do restauracji. Posilek skladal sie z bulki z serem i szynka,
orzechowej Princessy i napoju w kartoniku. W miedzyczasie mila pani
poinformowala milym glosem, ze samolot wystartuje o... 23.30!!! Mozecie sobie
wyobrazic reakcje pasazerow. Szafka plakal, byl spiacy, ale nie mogl zasnac.
Koszmar. Dobrze, ze bylam z tesciami, zabawialismy i uspokajalsmy go na zmiane.
Okolo 23.00 poprosili nas ponownie do kontroli dokumentowej. Szafka spal w
wozku, a pan zolnierz koniecznie chcial ten wozek sprawdzic, wiec mialam z nim
sprzeczke, bo kazal mi wyjac dziecko z wozka, na co ja sie oczywiscie nie
zgodzilam. Pan zolnierz w koncu dal za wygrana i sprawdzil wozek recznie.
O 23.30 nic sie nie dzialo. Nikt nie byl uprzejmy poinformowac, czy samolot
jest, czy go nie ma. W koncu o polnocy mila pani milym glosem powiedziala, ze
planowany wylot nastapi o 00.40!!!!!! Oczywiscie wystartowalismy pozniej, tuz
przed pierwsza, czyli z ponad pieciogodzinnym opoznieniem!!!
Wiem, ze samolot sie moze zepsuc, wiem, ze to sie czasem zdarza. Ale to byly
klamstwa, bo taka sytuacja powtorzyla sie juz czwarty raz w przeciagu dwoch
tygodni (dowiedzialam sie o tym od znajomego, ktorego znajomy pracuje na
lotnisku). Chamstwo i tyle.
Najbardziej zal mi bylo Szafki i innych maluszkow, ktore czekaly na ten
nieszczesny samolot...
Nastepnym razem wybiore linie irlandzkie Aer Lingus i zamiast do Katowic
polece do Krakowa. O!