symmetryisall
05.06.09, 11:01
To mój pierwszy post tutaj - normalnie nie udzielam się na forach dziecięcych,
ale dzisiejsza poranna akcja mojego syna przeważyła szalę i muszę się przed
kimś wygadać, a że nie mam przed kim na żywo, to zwymiotuję mentalnie tutaj.
Czy to normalne, że w tym wieku dzieci prowadzą wojnę nerwów z rodzicami? Ja
dzisiaj pękłem, musiałem wyjść na chwilę i głęboko pooddychać, żeby nie
zdzielić go przez łeb tak, żeby się nogami nakrył.
Ma cztery lata, a zachowuje się, jakby miał czternaście. Wszystko jest na nie
- wieczorem CODZIENNIE jest awantura, żeby położył się spać, rano CODZIENNIE
jest awantura przy wstawaniu. Bo on "nie fce, nie wyśpił się, on nie fce do
przeszkola (chociaż uwielbia tam chodzić i codziennie po południu opowiada, że
było super)". Codziennie wchodzę do jego pokoju z pozytywnym nastawieniem -
słoneczny poranek, tata przychodzi obudzić synka do przedszkola. Cholerna
sielanka. A potem w minutę dziesięć nastrój się zmienia o sto osiemdziesiąt
stopni. Najpierw jest chwila przekomarzania - wstawaj, śpiochu itp. On się
uśmiecha, droczy, chowa pod kołdrę, udaje że śpi. Ja stopniowo poważnieję,
mówię "dobra, pobawiliśmy się i wystarczy, wstawaj". I on też wtedy
poważnieje, a droczenie i zabawa przechodzi w wojnę nerwów - kto pęknie
pierwszy. Nie wie kiedy sobie odpuścić, nawet kiedy nie ma już żadnych pozorów
zabawy, a ja stanowczo każę mu wstać i iść do łazienki. Żadne argumenty nie
przemawiają - że się spóźnimy do przedszkola, że musimy iść do pracy. W końcu
muszę go siłą wyciągnąć z łóżka i zapędzić do łazienki, gdzie oczywiście wojna
trwa dalej. Obaj jesteśmy już wk...wieni - a przynajmniej ja, mówię za siebie.
I każdy kolejny krok jest okupiony groźbami, szantażami, nerwami. Najpierw,
żeby poszedł się wysikać. Potem, żeby trzymał siusiaka w ręku - bo czasami w
geście protestu potrafi w trakcie sikania puścić i obsikuje sedes i wszystko
dookoła, włącznie ze sobą. Potem, żeby nie zatrzymywał złośliwie sikania w
połowie, tylko wysikał się do końca. Potem, żeby poszedł umyć ręce, otworzył
usta do mycia zębów, itd, itd. Oczywiście w trakcie ZAWSZE ja nie wytrzymuję i
zaczynam na niego wrzeszczeć, on wtedy zaczyna ryczeć i się obsmarkiwać, co
mnie rozwściecza jeszcze bardziej, i tak się spirala nakręca. Ale oczywiście
na tym nie koniec, bo trzeba się jeszcze ubrać - a w tym stanie syn nagle
dostaje niedowładu wszystkich kończyn, i tak jak normalnie ubiera się szybko i
sprawnie, tutaj siada na łóżku i jedną ręką usiłuje niezdarnie naciągać na
nogę np majtki skotłowane w kłąb, albo koszulkę. A jak ja się drę, żeby
przestał robić focha i się ubrał, bo jest coraz później, to on siedzi jak
klocek, smarka i powtarza tylko "Ale ja nie wiem jak", co mnie już rozpala do
białości.
Do tego dzieciak w ogóle nas nie słucha. I nie chodzi o posłuszeństwo, ale
samo słuchanie. Słuch ma dobry, bo często zauważa jakieś cichutkie dźwięki,
nawet takie, których my sami nie słyszymy. Ale kiedy się do niego mówi, to
jest przysłowiowe "jak do ściany". Zero reakcji, totalne odłączenie narządu
słuchu. A oczywiście jak się krzyknie głośniej, to płacze i zawodzi "Nie ksyc
na mnie!". Czasami dochodzi do tego, że kucam przed nim, patrzę mu w oczy i
mówię coś, kończąc zdanie pytaniem "Co powiedziałem?", a on, chociaż patrzył
mi w oczy cały czas, odpowiada "Nie wiem".
To jest jakiś dramat. Dochodzi do tego, że zaczynam NIE LUBIĆ własnego
dziecka. To jakaś paranoja - kocham go i życie bym za niego oddał bez wahania,
ale jednocześnie go nie lubię, drażni mnie jego towarzystwo, chwila odebrania
go z przedszkola to ten "przykry moment dnia", oddech znów następuje, kiedy
mały idzie spać. Czarę goryczy przepełnia fakt, że mały chyba jakoś to wyczuwa
i swoje uczucia przenosi na babcię, która mieszka blisko i którą często
odwiedza - a babcia, jak to babcia, składa się głównie z pobłażliwości i
wyrozumiałości, pozwala mu na wszystko i go rozpieszcza - nic więc dziwnego,
że jak ma tam luz, a w domu rygor i wrzaski, to dom zaczyna mu się kojarzyć
źle. Wczoraj w przedszkolu było przedstawienie dla rodziców, dzieci rozdawały
rodzicom zrobione przez siebie upominki, a nasz syn, zapytany, dla kogo jest
jego upominek, powiedział "Dla babci" i nie chciał go dać żonie ani mnie. To
była dla nas obojga ogromna przykrość - tym bardziej, że sami widzimy tu swoją
winę, nie dogadujemy się z nim i pewnie dużo rzeczy robimy źle, ale nie
potrafimy wykrzesać z siebie cierpliwości i ciepłych uczuć dla kogoś, kto
dzień w dzień robi wszystko, żeby nas doprowadzić do furii - i to w sytuacjach
już przewidywalnych, kiedy i on, i my wiemy, jak się ta walka skończy.
Wylewam tu swoje frustracje, ale gdzieś muszę. Czytam Wasze wypowiedzi,
zachwycacie się swoimi dziećmi, piszecie, że wniosły w Wasze życie radość i
szczęście - a ja tego u siebie nie widzę, syn mnie męczy i drażni, zabawy z
nim są nudne i odmóżdżające, nie mam dla niego cierpliwości... Brzmi to
okrutnie, ale tak jest, i tak ja to też odbieram - bo nie był efektem wpadki,
to była przemyślana decyzja i teraz czuję, że jestem za niego odpowiedzialny,
wiem, że muszę go kochać i okazywać czułość, żeby odwzajemniał się tym samym,
ale nie umiem - zawsze kiedy robię sobie mocne postanowienie, że będę twardy,
że będę dobrym tatą, że będzie fajnie i jak na filmie, tata i synek, on
potrafi to postanowienie skruszyć w pięć minut, doprowadzając mnie znów do
frustracji i zgrzytania zębami.