nolita
12.10.09, 01:21
Witam Was Mamy i Przyszłe Mamy. :-]
Zdecydowałam się napisać tu post, bo po prostu chciałabym poznać
drugi punkt widzenia. Bardzo proszę nie traktować mojej wypowiedzi
jako złośliwego ataku bądź prowokacji, bo nie to mam na celu. Bardzo
proszę też nie wchodźmy w dyskusje kto dokonał w życiu lepszego
wyboru , komu czego brakuje etc. Nie taki jest cel mojego pytania.
Może się przedstawie: mam lat 28, żyję sobie, pracuje w reklamie,
robie wiele innych rzeczy... mamą nie jestem i być nie chcę. Nie
planuję i praktycznie za bardzo się nigdy nad macierzyństwem nie
zastanawiałam, było jakąś tam rzeczą poza moim horyzontem.
Wszystko się zmieniło kiedy moja bardzo dobra przyjaciółka od czasów
podstawówki Zuza zaszła w ciąże i urodziła, w tej chwili już roczną
córkę.
Ogólnie czuję się strasznie zagubiona w tej chwili i nie wiem co
dalej robić. Do tej pory walczyłam o przyjaźń ...ale czuję się coraz
bardziej bezsilna i coraz bardziej smutno mi gdzieś tam "w środku".
Oddalamy się od siebie coraz bardziej. Ja oczywiście patrze na to z
mojej perspektywy : wszystko się zaczęło gdy zaszła w ciąże i
pogłębia się coraz bardziej.
Nie wiem dokładnie gdzie leży początek a gdzie koniec tej historii.
Ostatnio jestem już zupełnie zrezygnowana. Ja wkładałam wiele
wysiłku w tą przyjaźń i w wiele innych spraw...ale teraz widze, że
było to jednostronne.
W chwili obecnej dzieli nas bardzo duża odległość ( Anglia -
Polska). Dla mnie nie jest to problem. Mam drugą przyjaciółkę,
ciągle w zagranicznych rozjazdach, z którą w miarę zwiększania się
dystansu kilometrowego, zacieśnia się między nami więź. Tu telefon,
tu skype, tu gadu, to facebook, tu ja przyjade tam ona a gdzie
indziej się spotkamy w połowie drogi.
Pierwszy "zgrzyt" z Zuzą miałam na początku jej ciąży. Ja znalazłam
się w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej, rozważałam opcję wyjazdu do
Anglii. Ponieważ dysponowałam ograniczonym środkami finansowymi,
zapytałam się, czy mogę się u nich na jakiś czas zatrzymać. Nie było
to nic nadzwyczajnego, tym bardziej, że po kolei ściągali do Anglii
swoich znajomych. Jedni mieszkali u nich 5 miesięcy, inny kolega
ponad rok... ja usłyszałam po prostu "NIE".
Byłam w lekkim szoku...ale zaczęłam sobie tłumaczyć: eh, hormony i
zacisnęłam zęby.
Potem raptem ucichły telefony z jej strony, gadu, skype czy też inne
formy komunikacji. To ja ciągle pisałam, wydzwanialam z pytaniem jak
tam, jak się czuje,, czy chłopiec czy dziewczynka, co z jej
zapaleniem migdałków... bardzo często nie dostawałam żadnej
odpowiedzi, jakbym pisała w próżnię. I tak jest do dziś. Kontakt
jednostronny.
W pewnym momencie dość spontanicznie wziełam ze sobą mojego
ówczesnego chłopaka i postanowiłam ich odwiedzić. Usłyszałam : "
Eeee.... no dobra, mieliśmy wyjechać na weekend ale trudno".
Ciągle sobie tłumaczyłam: hormony, ciąża...
Potem były inne rzeczy jak zapomnienie o moich urodzinach, działy
się w ich życiu ważne rzeczy i nic mi o tym nie było wiadomo,
podczas gdy inni znajomi wiedzieli wszystko. Jak miała problem to
rozmawiała z kumpelą z pracy a nie ze mną...
W ostatniej chwili zrezygnowali z przylotu na Święta Wielkanocne,
powiedziałam, że jest mi bardzo przykro, że ich nie zobacze bo
zaplanowałam to i tamto.. w odpowiedzi usłyszałam :" Przestań
zrzędzić, teraz musimy wybierać co najlepszego dla Małej, nam też
nie jest łatwo".
Jakoś sobie wszystko tłumaczyłam. Ale w pewnym momencie coś pękło.
Może zaczęło się to w moje urodziny , kiedy zadzwoniła a ja
szczęsliwa, że chce mi życzenia złożyć oklapłam totalnie, bo prosiła
o poszukanie w polskich księgarniach książki o niemowlakach. Okej,
nachodziłam się, w końcu zamówiłam w Empiku i wysłałam. Dwa miesiące
ciszy. W końcu pytam się - Czy doszła? - Tak. - Dlaczego nawet nie
napisałaś? - Trzeba było się zapytać.
Ogólnie sytuacja w tej chwwili wygląda tak, że to ja ciągle
podtrzymuje kontakt. Ale ja też mam swoje życie. I wiele rzeczy i
dobrych i złych się w nim dzieje. Ostatnio jest mi cięzko bo stoje
przed paroma ważnymi decyzjami( min wyjazd na kontrakt do Szwecji i
biopsja tarczycy). Też chciałabym, żeby zadzwoniła i sie po prostu
zapytała: hej, co u Ciebie, co się dzieje?
Nie wiem co się stało, nie wiem też dokładnie kiedy. I nie wiem
dlaczego. Kiedyś było inaczej. Zuza to wspaniała dziewczyna. Teraz
chyba najbardziej mnie boli ta cisza z jej strony. Jakby oczekiwała,
że tylko nią się trzeba interesować. Że to do niej teraz trzeba
przylecieć.
Nie wiem po czyjej stronie leży wina. Ja oczywiście obarczam nią jej
nową sytuację życiową i dziecko. Nie chce się ze mną przyjaźnić?
Woli inne w jej sytuacji również mamy?
A może to moja wina... może to ja daje jej do zrozumienia w jakiś
sposób, że gardze jej macierzyństwem, bo już ani z nią na piwo ani
do kina ani nigdzie?
Mam po prostu dość. Mam dość bycia clownem do wynajęcia albo
służącą.
Wie, że jestem dość emocjonalną osobą i prędzej zanim pomyśle to coś
chlapne, jak np poddałam w wątpliwość wybór imienia dla dziecka. Nie
było to złośliwe, po prostu pytanie: czy jesteś pewna? ( a wierzcie
mi, imie było jak z kosmosu). Jej reakcja? - To mój wybór, nie życze
sobie kometarzy.
Nie wiem co robić. Wycofać się, odpuścić, przeczekać? A może problem
leży gdzie indziej?
Będe wdzięczna za wszelkie opinie, sugestie etc.
Po prostu chcę poznać punkt widzenia "drugiej strony".