Cześć Dziewczyny!!!
Mam nadzieję, że chociaż część z Was mnie jeszcze pamięta. Piszę "dumna",
ale powinnam jeszcze dodać 100% e-mama. 15 stycznia urodziłam cudowną wielką
dziewczynkę (4400g/59cm). Ze szpitala wyszłam już tydzień temu (po 17-
dniowym pobycie), ale dopiero teraz czuję się dość dobrze, aby do Was się
odezwać. Niektóre z Was mogą się zdziwić, że dopiero po upływie 11 dni czuję
się dość dobrze, ale... Nie strasząc przyszłych e-mam mój poród trwał 33
godziny i był istnym koszmarem. Wody mi odeszły 14 stycznia o 4 rano, a tu
rozwarcie zaledwie na 2 centymetry i zero skurczów. Więc trzeba było poród
indukować. Kroplówka za kroplówką, czopki, zastrzyki na rozwarcie, a tu nic
prócz niesamowitych bóli. Po 24 godzinnach zaczęłam się poddawać. Wierzcie
miałam dość!!!!!!Marzyłam tylko o tym, aby iść spokojnie spać i nie myśleć o
niczym.Prawdę powiedziawszy miałam nadzieję, że nie będą mnie już męczyć i
zrobią cesarkę. Myliłam się. Godzina 8 rano - obchód. Ordynator każe znów
podłączyć mnie pod kroplówkę (OCT), po 28 godzinach rozwarcie na 6
centymetrów, wciąż za mało. Jak ja nie chciałam tej kroplówki. Godzinę
później kolejny zastrzyk na rozwarcie, pomaga nie wiele, ale jest już 8
centrymentrów. A moja szyjka jest badana co 15-20 minut (wciąż twarda).
Opadam z sił, martwię się tylko o dziecko, ale wiem, że jestem pod dobrą
opieką. Mama dzwoni co 20 minut, położne i salowe na przemian spokojnie
opowiadają jej o naszym stanie zdrowia. W końcu godzina 10, kolejne
wewnętrzne badanie przez ordynatora - błagam go, aby już nie badał, tak
wszystko mnie boli. Powiedział: dobrze, ale jak bedzie skurcz przemy -
zaczynamy rodzić. Nie mogli już dłużej mnie tak trzymać (za duże ryzyko).
Rozwarcie na 8 cm, szyjka nie do końca zmiękczona, dziecko jeszcze dość
głeboko, ale wierzą że dam radę - ja wierzę również. Jest skurcz - przę, a
dokładniej dopiero tego się uczę. Trzy głebokie oddechy i trzy pchnięcia.
Chwila odpoczynku, łyk wody - oczekiwanie na następny skurcz (były co 10
minut i niezbyt silne, nawet OCT nie pomaga chociaż jest już nastawione na
120ml/h - zazwyczaj max to 42ml/h), ja w tym czasie ze zmęczenia na chwilkę
zasypiam. Kolejny skurcz, 3 parcia, łyk wody i znów oczekiwanie. Koło mnie
jest już z 10 osób, każda w jakiś sposób mi pomaga, kocham ich za to.
Godzina 11.30 ktoś prosi, aby wezwać lekarza Zielińskiego. Przychodzi.
Przychodzi i następny skurcz, lekarz stoi obok mnie i pomaga wyjść na świat
mojemu dziecko naciskając mi na brzuch. Ale to jeszcze nie ten skurcz...
Ordynator obiecuje, że jak urodzę to dostanę od niego buzi

Jest już przy
mnie około 15 osób. Wszyscy pomagają jak mogą, dopingują, trzymają kciuki, a
u mnie sił coraz mniej. Znów mama dzwoni, ktoś jej mówi, że już niedługo,
lekarze twierdzą, że do 12 urodzę, ale ja już w to nie wierzę, nie wierzę w
siebie. W końcu godzina 11.52 może 53 zaczyna sie kolejny skurcz, łapię
oddech, przę - raz, drugi, trzeci, nie mam sił. Słyszę tylko jak krzyczą:
Kaśka jeszcze raz, ale ja nie mam sił. W końcu czuję jak ktoś przyciska mi
jedną nogę, ktoś drugą, ktoś inny głowę, lekarz naciska na brzuch i....
JEST!!!! Taka śliczna, taka moja, nie płacze, słyszę tylko, że owinęła szyję
wokół pępowiny - na chwilkę zamieram z przerażenia. Niepotrzebnie, już po
chwili trzymam ją taką kruchą, skuloną przy moim sercu. Jak ja ją kocham!!!
Przyszła na świat o 11.55, w tym czasie dzwoni też mama, czyli dumna babcia.
Ordynator na moją "dzielność" daje nam gratis salę rodzinną 1-osobową. Mała
dostaje 10 punktów, ale musieli ją umieścić w inkubatorze, bo była zbyt
zmarznięta. A ja szczęśliwa, że nie było cesarskiego cięcia powoli zapadam w
sen... Już się nie martwię, bo wiem, że moja Iskierka jest bezpieczna, już
nie pamiętam jak bolało, jestem dumna, przepełniona szczęściem i
miłością......
Kasia.
P.S. Dziękuję tym wszystkim, które byłyście ze mną przez ten cały czas i
tym, które trzymałyście kciuki.