Mam wspaniałe dzieci i bardzo dobrego męża. Pracuję ja i pracuje on. Jest nam
ze sobą bardzo dobrze. Starszy synek chodzi już do przedszkola młodszy zostaje
z sąsiadką (przyszywaną babcią) na 2 godziny dziennie kiedy jesteśmy w pracy.
Ja pracuję rano, mąż zasuwa na popołudniówki.
I problem. Ja nie mam rodziców, dzieci mają jednych dziadków i tą przyszywaną
babcię.
Dziadek jest super facet, odwiedza nas ale tylko po swojej pracy, spędza czas
z dziećmi, bawi się z nimi, bierze na kolana, całuje. Widać,że bardzo je
kocha. Babcia nie ma takiej potrzeby widywania się z wnukami. A jak już
przyjedzie do nas to za głośno jej,głowa boli albo wiecznie opowiada o swoich
"chorobach". Teściowa jest pielęgniarką w szkole. I teraz jest na 2
miesięcznym urlopie i zapytałam się jej czy może by odwiedziła wnuki, to nie.
I doszło do spięcia. Syn będzie teraz murem siedział z opiekunką w domu a
myślałam,że chociaż tydzień dziadkowie mu coś zorganizują. Jakieś spacery,
lody,basen. Babcia powiedziała,ze cały rok pracuje z dziećmi i teraz musi
odpocząć a nie gotować obiady i użerać się z Michałem. NIE WYTRZYMAŁAM. I
zapytałam czy spędzenie 2-3h w miesiącu z dzieckiem to czy dużo wymagam?
Trzasnęła drzwiami i wyszła. Za niedługo mam roczek synka, wiem,ze nie
przyjdzie. Naprawdę tylko ja z męzem się opiekujemy dziećmi, nikt nam nie
pomaga, nigdzie nie chodzimy, ani do kina ani na piwko. I nie narzekam, bo
dobrze mi. Jak co to wychodzimy całą czwóreczką. Tylko ten kontakt dzieci z
babcią.
tak się wyżaliłam

tak mi smutno,ze nie kocha swoich wnuków tylko ma na nie
alergię.