Dodaj do ulubionych

Na chwilę przed...

26.09.10, 16:03

Pytanie kieruję do tych, które rozwiodły się nie dlatego, że mąż pił, bił i nie szanował.
Bo powód rozstania w tej sytuacji nie nastręcza raczej wątpliwości.
Raczej do tych, które rozwiodły się z powodu rozkładu materii uczuciowej- pamiętacie kiedy i w jakiej sytuacji pojawiła sie myśl, że to koniec i żadnej reaktywacji już nie będzie?

Czy to w ogóle jest powód do rozwodu?winkp
Moja matka, kiedy jej o tym powiedziałam, dostała histerii wrzeszcząc, że co ja sobie wyobrażam, że jak mogę to stwierdzić, że miłośc wygasła, przecież jestem DOPIERO 11 lat po ślubie...

Co było tym "znakiem", że oto nadszedł czas, aby wyciagnąć poduszkę spod głowy temu trupowi...a może nie było takiego przełomowego momentu, tylko wszystko umierało powoli...?

Mój pozew o rozwód czeka na zaniesienie do sądu...zamknęłam go w szufladzie i boję się ją otworzyć...
Obserwuj wątek
    • hexella Re: Na chwilę przed... 26.09.10, 16:20
      banalnie- pojawienie się kogoś innego. Przy kim uświadamiasz sobie z jak wielu emocji "wyrósł" już twój związek i jak bardzo zwykła "poprawność" przestała wystarczać. Tylko potem przychodzą wątpliwości, czy ten nowy związek po pewnym czasie z nich nie wyrośnie.
      A jeśli przy tym- tak jak piszesz- twój dotychczasowy partner nie ma na sumieniu cięźkich grzechów, to sumienie "uczciwej dziewczynki" zaczyna gryźć boleśnie.
      Kwestia wyboru w tej sytuacji jest również kwestią ceny za ten wybór, a także niepewnością czy się tego wyboru nie będzie żałować.
    • nangaparbat3 Re: Na chwilę przed... 26.09.10, 16:55
      Wydarzenia kluczowe:
      1. Luty - mąż zupełnie nagle (tydzień wcześniej córka na feriach, my w weekend w kinie, pełne porozumienie, potem dobry seks, wyjeżdżam do córki i wracam po 5 dniach) oznajmia, że mnie nienawidzi, ze chce odejsc. Wpadam w rozpacz i proszę, by zaczekał, bo corka idzie do pierwszej klasy, żeby ze względu na nią się wstrzymał. Przez kilkanascie miesięcy mieszkamy razem bez czułości, seksu, normalnej rozmowy.
      2. Sierpień następnego roku. Po ponad roku prób ratowania małżeństwa mam dosc - dosc nieustannego napięcia i kompletnej porażki komunikacyjnej. Pytam, czy wciąż jeszcze chce odejsc - kiedy potwierdza, proszę, żeby zrobił to nim córka wróci z wakacji, żeby nie musiała patrzec. Wiem, że jeszcze mmy w sobie wiele dobrych uczuc do siebie - chcę je uratowac rozstając się, bo uważam że do konca życia jesteśmy związani dzieckiem.
      Ale:
      Dwa lata wcześniej daleka kuzynka opowiada, że mieszkają sobie we dwie z mamą - i przelatuje mi przez głowę myśl-marzenie, że chciałabym tak mieszkac z córką - we dwie. Tamtą myśl niby odsuwam, ale teraz podejrzewam, że nieświadomie zachowuję się w taki sposób, by mąż odszedł. Nie jestem pewna, czy tak było, i pewnie nigdy się nie dowiem.

      Córka już jest dorosła, ma młodsze (dużo) rodzeństwo, ja jestem sama. Ale ani przez chwilę nie żałowalam rozstania, podobnie zresztą jak ani przez chwile nie żałowałam, że za niego wyszłam.
      Myślę jednak, że w życiu każdego małżeństwa następuje etap rezygnacji, wyraźnego osłabienia uczuc, czasem wzbogacony o poważne konflikty czy romanse, i sądzę, że jeśli się przez to sensownie przebrnie, mozna dozyc razem do końca w przyjaźni i prawdziwym przywiązaniu, w miłości.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka