aga.bogucka32
25.11.10, 09:21
Problem pozornie bez znaczenia, ale....
Mój syn w tym roku poszedł do szkoły. Nie byłoby w tym nic takiego, gdyby nie to, że jest dzieckiem autystycznym i już sam fakt zmiany przedszkola, które znał i w którym więcej mu było wolno na szkołę z jej nowymi kolegami, nauczycielami i salami był ogromnym przeżyciem zarówno dla niego jak i dla mnie. Po moim dziecku choroby nie widać i to, paradoksalnie, komplikuje sprawę. Testy na inteligencję wykazały, że dziecko jest nieprzeciętnie inteligentne z jednoczesnym zaznaczeniem, że rozumienie sytuacji społecznych jest na poziomie upośledzenia umysłowego. I np. nie da się wytłumaczyć, że ja mówię do swojej koleżanki na "ty" ale on już powinien "pani", że jeśli dziecko mówi " ciocia" do kogoś, to nie jest to ciocia dla wszystkich, że nie reagujemy wrzaskiem na to, że w szkole na wf nie było gry w dwa ognie i nie kładzemy się na ziemi, bo matce nagle przyszło do głowy zamiast stałą utartą trasą iść jeszcze do sklepu...
Z takich małych problemów składa się całe moje życie, w miarę możliwości staram się je jakoś omijać - nie da się wytłumaczyć, to robię wszystko, żeby do nich nie dopuszczać.
I tak powstał problem z wejściem do szkoły. Pewnie się czepiam, pewnie powinnam się dostosować, ale w zasadzie sama nie lubię, jak mi się coś każe i egzekwuje z pozycji władzy, a do tego jeszcze mój synek....
W szkole ( integracyjnej ) są dwa wejścia. Jedno tuż przy bramie od ulicy ( jedynego wyejścia na teren szkoły ) i drugie, 200 metrów dalej, z drugiej strony budynku, do szatni. Od samego początku wchodziliśmy wejściem pierwszym - może to i moja wina, ale ja tej szkoły nie znałam i ... nie widziałam o drugim wejsciu, nie widać go od frontu szkoły, co więcej, z szatni też go nie widać, bo żeby wejść do szatni trzeba z tego wejścia też zejść po schodach.
Jakiś czas temu w szatni pojawiła się karteczka, że uczniowie korzystają tylko z wyjścia od strony szatni. Specjalnie pofaktygowałam się do sekretariatu i przeczytałam statut szkoły - ale nie ma tam słowa i wchodzeniu i wychodzieniu ze szkoły. Mój syn przyzwyczaił się do wejścia "nauczycielskimi" drzwiami. I nie da mu się za nic wytłumaczyć, że tamtędy nie można. Zawsze było można, dlaczego nagle nie? Próby pójścia " na okrągło" to wrzask, drapanie, gryzienie, kładzenie się na ziemi. Przecież nie będę wyrywającego się siedmiolatka nieść na rękach! Dodam, że normalnym z zachowaniem w szkole problemów nie ma. Poza tym ktoś w szkole jest niekonsekwentny - dzieci chodzą na dwie zmiany i gdy syn kończy zajęcia po południu, wyjście od strony szatni jest zamknięte na głucho ( zawsze ) więc siłą rzeczy korzystamy ( pewnie bezprawnie ) wszyscy z wyjscia zakazanego. Syn chodzi także na zajęcia dodatkowe w szkole, po lekcjach i wtedy też legalnie, wchodzimy górą, bo innej możliwości nie ma - jestem nawet umówiona, że omijamy z synkiem szatnię i idziemy z ubraniami bezpośrednio na zajęcia. Nie umiem dziecku wytłumaczyć, że raz nam wolno a raz nie. Dziś koljeny raz zostałam wręcz zaatakowania słownie przez nauczycielkę pilnującą drzwi ( w założeniu ma pilnować dzieci na korytarzu ). To jeszcze nic, poprzednim razem mądre panie wystawiły trójkę dzieci przed drzwi wejściowe ( bez kurtek, w kapciach) co by zwracały uwagę rodzicom, co dla odmiany skończyło się naruszeniem przeze mnie nietylakności cielesnej jednego z dzieci ( zwarty murek dosłownie blokował wejście,więc jednego chłopca niestety lekko odsunęłam, naprawdę lekko, na dodatek powiedziałam mu, że nie jest od tego, żeby mi rozkazywać, co wywołało śmiech pozostałych dzieci ). Dlaczego nauczyciele mogą tamtędy wchodzić, a moje dziecko nie? Argument o brudzeniu podłóg butami? Szkoła zatrudnia 120 paracowników, też chodzą w butach, na dodatek wcale ich nie zmieniają. Nie wszystkie dzieci wchodzą górą - nawet nie dlatego, ze nie wolno, ale nie wszystkie tak chcą. Nie będę co parę dni ( czepliwe są takie młode nauczycielki, te z dłuższym stażem uwagi nigdy nie zwracają ) tłumaczyć, że syn ma autyzm, że nie lubi zmian, że schematy... Poza tym dlaczego mam się tłumaczyć? Przychodzę na ostatną chwilę, żeby syn jak najmniej był w ciasnej, klaustrofobicznej szatni wypełnionej dziećmi ( syn ma nadwrażliwość słuchową i źle znosi taki tłum ), nie będę tracić ostatnich minut do dzwonka na tłumaczenie oczywistego a na dodatek jest już zimno, jak ja się będę panience tłumaczyć to mi się dziecko zgrzeje i zdenerwuje.
Przepis ( zresztą, jaki przepis, bez podstawy prawnej )... W sumie to panna powinna mnie ewentualnie poprosić o wejście drugim wejściem a nie zaczynać od " ale wchodzimy drugą stroną". Przepis nie obowiązuje dzieci na wózkach ( siłą rzeczy - tylko tu jest podjazd ) nie obowiązuje wszystkich i nie obowiązuje zawsze ( przecież trzy razy w tygodniu i tak legalnie wychodzimy górą ). Do szkoły z synem wybiera się jutro mąż, ale obawiam się, że jest w stanie co najwyżej nauczycielce powiedzieć coś obraźliwego, ewentualnie staranować...
A - nie da się , przynajmniej na dziś, wytłumaczyć mojemu dziecku, że nie wolno. Na prawdę próbuję.