Mam obawy,że nikt się do tego wątku nie dopisze i okażę się najgorszą mamą
na tym forum ale ryzyk fizyk...
Czy zdażyło Wam się kiedyś drogie E-mamy z własnej
winy,głupoty,nieuwagi,lenistwa,beztroski(do wyboru)narazić swoje pociechy na
niebezpieczeństwo??Mnie niestety kilkakrotnie

-dałam mojemu półtorarocznemu synowi landrynkę,którą natychmiast się
zadławił.Nijak nie umiałam tego z niego wytrząsnąć.Waliłam go między
łopatki,a on już tylko zwisał głową w dół i charczał.W panice pomyślałam o
karetce,w głowie przeliczałam minuty jakie upłyną zanim zadzwonię od
sąsiadki,zanim przyjadą żeby go ratować i byłam pewna że nie zdążą.Złapałam
młodego pod pachę żeby lecieć do telefonu...i cukiereczek wyskoczył.
To wszystko trwało ze 2 minuty,a odebralo mi chyba z rok życia.(po kiego mu
takie cukierki dawałam!?)
-Kacper miał chyba 3 lata .W domu był mój mąż,moja matka ija.Babcia stała na
przedpokoju koło wnuka,stary zmywał,a ja w pokoju czytałam książkę.Pysiek
stał pod wieszakiem przytwierdzonym do ściany,na którym wisiały kurtki.Z
jednej z nich zwisały sznurki.Zaczął sobie te cholerne troczki zakręcać pod
brodą i wtedy się poślizgnął.Nie,nie udusil się ale pręgę na szyji miał
miesiąć! A ja mimo upału fantazyjnie wiązałam mu na szyji apaszkę.
Tak to 3 dorosłe osoby pilnowały dziecka...od tej pory już z a w s z e
zakładałam mu skarpetki z ABS-em.
-miałam termin szczepienia ustalony na konkretną godzinę,bałam się,że nie
zdążę więc poganiałam i mężą i dzieci.Kajkę wsadziłam do wózka ,Kacper biegł
z tatą za rączkę.No i chyba z tego zamieszania nie przypięłam Kaji
szelkami.Kiedy po drodze Pysiek wszedł na murek,Kajunia natychmiast stanęła w
wózku żeby prędko dołączyć do braciszka i..wypadła z wóżka na chodnik

Mogę
Was z ręką na sercu zapewnić: byłam pewna że zabilam własne dziecko.Dostałam
prawdziwej histerii,a młoda uderzyła w ryk.Lotem błyskawicy znalazłam się w
przychodni i zaraz ją pani doktor dokładnie zbadala.Dziecku nic się nie stało-
to chyba cud!!A gdybym ją zapieła nigdy nic takiego by się nie stało...
-a na roczek zrobiliśmy Kajuni dwa zdjęcia...rentgenowskie.Rozmawiałam przez
telefon,a młodą trzymałam na ręce.Zeby mi nie przeszkadzała w rozmowie dałam
jej pierwszą rzecz jaka mi się pod rękę nawinęła,była to żółta kurka w
wiklinowym koszyczku(taka malutka ozdoba wielkanocna).Skończyłam
gadać ,.patrzę na tą kurkę a ona straciła pół swojej styropianowej głowy.Kaja
ją zeżarła.Ale to nic -przyglądam się dokładniej, a kurce zostało jedno
koralikowe oczko.Złapałam za nie,a tu się okazuje że jest przyczepione do
drucika(ok.1 cm).Drugiego oka nigdzie nie ma, więc pewno jest w Kaji..Zaraz
sobie wyobraziłam perforację jelit i inne miłe rzeczy,więc poleciałam do
szpitala.Kurzego zadrutowanego oczka w mojej córce nie było...(a co by było
gdyby było??)
-a już ostatnio popełnilam rzecz straszną -dałam Kaji miętowego cukiereczka
(ma już 3 lata),landryneczkę taką..jadła je już wcześniej...i się
zadlawiła.Ale mam już wprawę i ją uratowałam!
I CO WY NA TO//