aquuaa
27.08.11, 20:04
mamy znajomych - super sympatyczni, otwarci, pozytywni ludzie. Jak kazdy maja wady i w ich przypadku jest to totalny luz w zyciu. W mieszkaniu sajgon - cos co sie przypalilo w poniedzialek bedzie stac na kuchni jeszcze 2 tygodnie, ciuchy poplamione, poniszczone, przedmioty w mieszkaniu takze zniszczone. Podloga zjechana bo dzieciom mozna po mieszkaniu na rolkach jezdzic. Telewizor upadl, telefon wpadl do sedesu, zalali sasiadow z dolu, ich zalalo z dachu - oj tam - nieszkodzi. Gubia klucze, dokumenty - nie robia z tego zadnego dramatu. Luzactwo przeklada sie tez na troske o dzieci - mialy miec badania w styczniu, znajoma moze kolo kwietnia pojdzie (jedno z dzieci ma stwierdzona wade wzroku od pol roku powinno miec okulary ale jakos nie bylo okazji i nie ma do dzis). Dzieci nie sa niegrzeczne - sa wyluzowane w slad za rodzicami.
Niby nie przeszkadza mi to bo nie mieszkam z nimi i wystarczy to, ze sa super i milo spedzamy czas kiedy sie spotykamy, dzieci sie lubia.
No ale - NIBY.
Kiedy my bywamy u nich - nasze dziecko wie, ze nie mozna komus grzebac po szafkach, szperac i brac bez pytania. Wie, ze nie maluje sie flamastrami po podlodze, po dywanie i po meblach. Wie, ze je sie nad talerzykiem a nie chodzi po calym mieszkaniu z jedzeniem. Wie, ze nie wchodzi sie na meble po uchwytach.
Kiedy oni bywaja u nas okazuje sie, ze jestem stara przynudzajaca ciotka no bo ograniczam dzieciom swobodna zabawe, wyznaczam granice, blokuje rozwoj poznawczy. Staram sie nie chodzic za dziecmi krok w krok ale przyznaje, ze wciaz mam w glowie jakie tym razem bede miec nowe zniszczenia w domu.
Po akcji z flamastrami (u nas) wymyslilam, ze zamiast truc dzieciom czego nie wolno - schowam wszystko co mogloby posluzyc do pisania, malowania i na wszelki wypadek do wycinania. Jaka ja bylam naiwna - dzieci znajomych raz dwa przeszperaly wszystkie schowki i wyciagnely sobie zabawe...
Komenda 'nie wolno' skutkuje - na jakis czas - pozniej dzieciaki w ferworze zabawy zapominaja.
Znajomi maja do takich rzeczy luzacki stosunek - w koncu to tylko dzieci.
Zreszta jak raz mialam ich dziecko na pol dnia i nie mialo nic cieplejszego - pozyczylam taki ulubiony dresik (moje dziecko chodzilo w nim 3 lata - najpierw z podwinietymi nogawkami na 2 razy, potem na raz az doroslo) - dziecku znajomej zajelo niecala godzine zrobienie dziur i plam. Zazartowalam w temacie ze znajoma i uslyszalam - sorry nie odkupie ci.
No dobra - brzmi logicznie w koncu moglam nie pozyczyc i przeziebic dzieciaka - moja decyzja - moja wina.
No i tak... Taki maly klopocik. Znajomi naprawde serdeczni, bardzo pomocni - sami chetnie pozyczaja jak tylko sie dowiedza czego potrzeba ale jak juz my cos im pozyczamy to naprawde strach bo juz mnostwo rzeczy nam zniszczyli.
Oni po prostu tego nawet nie widza - nie ma w tym jakiejs zlej woli. Dzialalo, nie dziala - no zdarza sie prawda?
No i co radzicie?
Moze ja przesadzam...