aquuaa
16.09.11, 16:07
sprobuje krotko.
Otoz - cale wieki mieszkalismy w b. malenkim mieszkaniu. Rzadko robismy imprezy - czasem takie kameralne spotkania (my + jedni znajomi, gora dwie pary bo nie bylo gdzie usiasc).
Teraz mamy juz duzo wiekszy metraz.
Na poczatku wiadomo - kazdy ciekawy a wiec poltora miesiaca pielgrzymek (rodzina, znajomi, sasiedzi...) - w zyciu sie tyle nie narobilam.
Kiedy wszyscy (najwazniejsi) juz obejrzeli - chwila oddechu i czas WRESZCIE pomieszkac dla siebie.
No ale wlasciwie 2x w tygodniu ktos wpada lub wprasza sie a jesli sie nie wprasza to moj maz juz wymysla kogo by tu zaprosic.
Nie powiem - chlop pomaga odkurzyc, ogarnac ale w kuchni ma dwie lewe rece i wszelkie posilki robie ja (tak samo zakupy). I wszystko fajnie bo lubie gosci ale tez bym sobie chetnie najpierw poodkurzala a potem posiedziala, pogadala przy piwku a reszta niech sie sama robi...
Pory sa zawsze takie obiadowe i wiem, ze ludzie prosto z pracy (a w domu w tym momencie jedliby obiad) - wiec nawet jakies byleco obiadowe musze machnac.
Tlumacze wiec mezowi, ze troche to dla mnie za duzo a on, ze ja niegoscinna...
Jak niegoscinna? Juz nie wspominam o gosciach z nocowaniem, gdzie i posciel piore po nich i reczniki (czego chlop pewnie nie wie nawet). Kurcze istny maraton i ja niegoscinna....