Taka mało zręczna, irytująca sytuacja.
Dzwonek do drzwi znienacka (bo nikomu domofonem nie otwierałam), otwieram: staruszka. Nie Cyganka, normalna staruszka. Od razu mówię, że kasy nie dam, mogę dać jedzenie. Taka babina wiekowa bardzo, z siatkami i prosi o pieniążek. Powiedziałam jeszcze raz, że pieniędzy nie dam, mogę dać jedzenie. Ona nie, że co ona zrobi z jedzeniem, że ona nie je dużo, że wędlin nie je (jeszcze nie zdążyłam zaproponować wędliny) i prosi o parę groszy, malutki pieniążek etc. Zirytowałam się, pokazuję babinie kierunek na korytarzu i mówię "tam jest kościół, proszę iść do księdza, caritas wspomaga biednych, niech wspomoże finansowo". Staruszka strzeliła focha, a ja zamknęłam drzwi.
Gdyby poprosiła o żarcie to z dychę bym dołożyła. Ale najwyraźniej żarcie nie było jej potrzebne, a ja nie mam zamiaru finansować dvd czy rat za samochód jakiejś przedsiębiorczej rodzinie.