nisar
04.11.11, 09:37
Czytam sobie spokojnie w autobusach Newsweeka. Ostatniego, poniedziałkowego. I natykam się na artykulik na temat, jak to się ludzie spodziewają zwolnień z pracy w ciągu najbliższych miesięcy. Temat chwytliwy (sama się boję utraty pracy) więc czytam. I oczka przecieram. Wypowiada się młody mężczyzna (zdaje się przed trzydziestką), że on w ogóle nie wie, jak żyć. No bo tak: dotąd zarabiał ok. 20 tys. (nie doprecyzowane netto, czy brutto), a teraz - wg rozeznania na rynku - dostanie maksymalnie 12 tys. A tu:
1. żona i dwoje dzieci na utrzymaniu
2. kredyt na dom
3. kredyt na dwa samochody.
I tak sobie myślę, mam wprawdzie ledwo po czterdziestce, ale pokolenie dzisiejszych okołotrzydziestolatków jest mi kompletnie obce mentalnie. Wszystko chcą od razu, natychmiast, najlepiej od razu najlepsze, z najwyższej półki. No bo jak - kupić trzypokojowe mieszkanie w bloku i jeden samochód oznacza wprawdzie nie zarżnąć się kredytami, ale jak to będzie wyglądało? Ma być dom, dwa samochody i wczasy w tropikach, nic poniżej. Nie widać tez myślenia o przyszłości dalszej niż parę miesięcy - zadłużanie się na siedem tysięcy miesięcznie (tyle wynoszą raty kredytowe wzmiankowanego pana) jest w Polsce w większości wypadków kompletnie nieracjonalne. Liczenie na to, że przez następne dwadzieścia lat będzie się zarabiało grubo powyżej przeciętnej jest dla mnie kompletnym idiotyzmem, większej dojrzałości w myśleniu oczekuję od swojej nastolatki. Jak widać z artykułu, pan nie rozważa możliwości obniżenia standardu życia - zamiany domu na mieszkanie, sprzedaży jednego z samochodów. Nie rozważa także swoich dotychczasowych decyzji finansowych w kategoriach potencjalnego błędu. Zwyczajnie tylko po prostu ma żal do świata, że nie będzie mu dane całego życia przeżyć w luksusie.
A może - jak w temacie - ja jestem po prostu głupia i nie umiem żyć, bo trzeba łapać chwilę i nie martwić się o jutro, bo może dziś wieczorem trafi mnie zawał?