Termin do szpitala miałam na dzisiaj więc załatwiłam dziecku opiekę (z wyrzutami sumienia że nie wiem ile czasu będę a mała nie była dużej niż noc be zemnie), ale nic... Moja mama pracuje w szpitalu (tym akurat) a ja miałam staż 6 miesięczny w innym bardzo renomowanym szpitalu w naszym mieście (do którego dostanie się bez rodziny w nim pracującej graniczy z cudem). Byłam u kardiologa który stwierdził że mam iśc do szpitala, mi się nie spieszyło więc nie wspominała mnic o "wejściach". Poszłam dziś do szpitala na czczo, pochodziłam trochę zanim wszystkie dokumenty zebrałam po czym o godzinie 8.30 dotarłam na oddział. Pielęgniarka lekceważąco wzięła moje dokumenty z tekstem "znowu przyjęcie....." nic, czekam przy ladzie ona coś notuje po czym mówi że mam iśc do głównego holu i tam czekac bo pójdziemy piętro niżej (ten sam oddział) i ona ZARAZ dojdzie. Po godzinnym czekaniu (mam też podejrzenie cukrzycy i bez jedzenia mdleję) zaczęłam miec odruchy wymiotne, po 1,5 godziny czułam że zaraz albo zwymiotuję albo zemdleję; poszłam do pielęgniarek i usłyszałam kazałam pani czekac (w między czasie przeżuwała śniadanie), miałam już takie nerwy że prawie pojechałam do domu i po jakimś zgryźliwym tekście że żeby chorowac trzeba miec siły i energie itp. poszłam zapalic papierosa. Przyszłam i ok. godziny 10.30 babka wreszcie się pojawiła (było ze mną jeszcze kilka innych osób czekających). Zabrała nas piętro niżej, pokazała każdemu swoje łóżko po czym zaczęła wstępne badania (mierzenie i warzenie), po kolejnej godzinie okazało się że mi się to nie przysługuje bo moja kartoteka po drodze gdzieś zniknęła..... nosz do h.j!! Moje nerwy sięgały chyba zenitu, ok 11.30 (cały czas odruchy wymiotne i mroczki przed oczami) przyszła szanowna pani doktor którą najpierw błagałam czy jest szansa że po badaniach mogłabym wyjśc do domu bo mam małe dziecko króre karmie piersią itp. teksty (że karmie piersią to koloryzowałam bo ma już 3,5 roku) przy czym pani doktor nie widziała tak owej możliwości żadnej więc od razu zaczęłam w naszą rozmowę całkiem "przypadkowo" wplątywac to że moja mama pracuje na tym i tym oddziale i nagle pani doktor zaczęła zmieniac zdanie i mówic że "może da się coś zrobic" po czym dodałam że ja pracuję w innym szpitalu i okazało się że mogę wyjśc po dzisiejszych badaniach do domu i jutro wrócic z samego rana (było to aż żałosne) i w tym momencie weszła pielęgniarka i mówi "co będziemy robic" a pani doktor jej tłumaczy że moja mama, że ja itd. i że badania zrobimy expresowo bo mam małe dziecko

pielęgniarka zmieniła natychmiast ton, język i wtedy zaczęłam czuc dopiero że ONI SĄ TU DLA MNIE...... czułam że "wpuścili mnie jak by do swojego świata" mogłam żartowac, pytac się itp. badania były naprawdę na już od razu interpretowane i takie tam, właściwie to badania wszystkie szczegółowo znam na cały tydzień (do piątku) i siędzę teraz z opaską szpitalną na ręce, ech.... denerwuje mnie to strasznie bo tak powinno się traktowac wszystkich i to bez znaczenia czy ktoś ma "wejścia"