d.o.s.i.a
28.03.12, 11:25
Na fali ostatniego watku o dziennikarzach, mysle, ze wkradlo sie wiele niedopowiedzen w wymianie pogladow i mam wrazenie, ze wiele forumek wprost, czy nie oskarzylo mnie o brak serca, checi niesienia pomocy i ogolna niewrazliwosc na krzywde ludzka.
Poniewaz mam wrazenie, nie za bardzo zrozumialy sens mojej wypowiedzi, to chcialam zapytac z innej strony, co by juz nie meczyc dziennikarzy, a moze jasniej sie wyrazic w temacie.
Od jakiego momentu, Waszym zdaniem, zaczyna sie REALNA pomoc? Kiedy mozna powiedziec o sobie "jestem lepszy, bo ja pomagam, bo robie to i tamto"? Wiele forumek tutaj uwaza, ze sa dobre, uczynne, wrazliwe na krzywde ludzka. Co Waszym zdaniem trzeba zrobic, zeby zasluzyc sobie na to miano?
Czy wystarczy wplacic datek na organizacje, podpisac sie pod petycja, czy "adoptowac" sierote na odleglosc, aby moc wykazac swoja moralna pozycje i moc powiedziec o sobie jakim sie jest dobrym czlowiekiem? Czy moze dopiero wtedy gdy zakasze sie rekawy i poleci samemu pracowac u podstaw? Gdy wlasnorecznie wykopie sie studnie w wiosce, opatrzy rany, przytuli umierajace dziecko?
Zeby nie bylo watpliwosci, mam w tej kwestii bardzo radykalne poglady. Uwazam, ze finansowe wsparcie jest tak latwym sposobem poprawienia sobie samopoczucia, ze niejako "nie liczy sie". I tego chyba nie zrozumialy moje rozmowczynie w poprzednim watku. Chcialabym rowniez, korzystajac z okazji, zapewnic je, ze tak, owszem, przeznaczam b. duze sumy na dzialalnosc charytatywna. Jednakze w Sudanie nie bylam i glodujacego dziecka nie adoptowalam, wiec nie moge powiedziec o sobie, ze robie duzo dla swiata i jestem ponad.