Właśnie wróciłam z wymiany szkolnej z młodzieżą niemiecką.
Dziewięć dni spędziłam w Loeningen i Cloppenburgu, Dolna Saksonia - czyli w tym raju chowanych bez przegrzewania i bez kościelnej indoktrynacji wysportowanych i społecznie uświadomionych dzieci kulturalnych kierowców.
Przy szesnastu stopniach widziałam dzieci w kurtkach zimowych i czapkach, bo wiało, a dzień wcześniej było dziewięć stopni. W szkole - państwowej - w każdej sali wisiał krzyż, metr na pół metra i nikomu nie przeszkadzał bardziej niż wahadło Foucaulta w hallu (a nawet chyba mniej, bo krzyży nie popsuli, a wahadło i owszem, używając go jako liany), ani kościoły katolickie ani ewangelickie nie wyglądały na wymarłe. Religia, jak przekonania polityczne i sposób spędzania wolnego czasu, była sprawą naturalną i niedrażliwą. Pod koniec wymiany nasi uczniowie niemiłosiernie dali w kość uczniom niemieckim w siatkówkę, bo jednak nasze trzy godziny wf tygodniowo to więcej niż ich dwie. Porządek w szkole był rano i pod wieczór - pomiędzy uczniowie śmiecili chyba gorzej niż nasi. Przejść przez ulicę tam, gdzie nie ma świateł, trudniej było tylko w Warszawie, porównywalnie we Wrocławiu, w Trzebnicy jednak łatwiej.
Odetchnęłam z ulgą - jednak ludzie nie różnią się tak bardzo od innych ludzi, jakby można było przypuszczać, czytając emamę

.