Zainspirowana wydarzeniem z parku rozrywki, jak maz dostal bilety i dal tez swemu kumplowi, ktory zaprosil z kolei dwoch innych kolegow(my ich nie znalismy).
Otoz niedlugo po wejsciu do parku, koledzy kumpla znikneli, on zas chcial sie przejechac na czyms w rodzaju wodnego rollercoastera, z wysokim spadkiem jako final. No i co, koledzy znikneli,a on patrzy na mnie. (Maz nie lubi tego typu zabaw, wiec nawet nie ma go o co pytac) Ja bylam wymeczona dluga jazda autem, z zawrotami glowy (mam chorobe lokomocyjna), i odpowiedzialam, ze moze pozniej. Powiedzialam, ze poki co moze pojsc sam, ja sie przejade ewentualnie jak poczuje sie lepiej.
Koledzy sie pozniej znalezli, ale na te atrakcje juz nie poszli, bo okazalo sie, ze juz byli

Ja nie poczulam sie lepiej, bylo goraco. I kumpel meza atrakcji nie zaliczyl.
Znacie takie przypadki? Dlaczego ludzie maja opory w pewne mijsca chodzic sami? (pytalam gostka, ale nie potrafil wyjasnic czemu sam nie chcial - chyba sie nei bal, bo jezdzil na tym wczesniej, w tym ze mna). U mnie w rodzinie dwie jednostki w zyciu nie pojda same do kina, musza miec towarzystwo.
Ja bylam sama na Batmanie Burtona, potem zaczelm w kinie przysypiac

i na tych atrakcjach w parku tez jezdzilam sama, jak samopoczucie bylo lepsze. Maz akceptuje moze 4 na 50, o innych, zwlaszcza zaawansowanych (kolejka gorska itp) mowy nie ma - totez jezdzilam sobie sama (dziecko za male). Albo z dzieckiem na atrakcjach typu karuzela z kroliczkami (dla meza pokazac sie w okolicach karuzeli z kroliczkami to obciach

Poszlybyscie same na atrakcje czy do kina?