Dzień dobry

Skoro nam się tak dobrze rozmawiało o chrzcie dziecka ateistów, to zapodaję coś podobnego, jak w tytule.
Mój ojciec- ateusz, solidny antyklerykał (z szeroką wiedzą), socjalista, nigdy w dorosłym życiu kościele- wszem i wobec było to wiadomym (wiele rodzinnych dysput, kłótni itp), został pochowany w ten sposób przez własne siostry, fundamentalistyczne katoliczki.
A było to tak:
Kiedy ojciec zachorował terminalnie na raka, przeprowadził się do mnie. Opiekowałam się nim (rodzina ojca za wiele się nie udzielała w tej opiece, no dobrze, nie musieli). Siostry zjawiły się jednak pewnego razu z wizytą, kiedy stan ojca był taki, że: nie ruszał się już, był przewracany jak kłoda, porozumiewał się za pomocą oczu- znaczy się: rozumiałam jego mrugnięcia, wyraz oczu itp.
Zdziwiłam się tą wizyta, nie powiem, no ale...Jeszcze jednak bardziej się zdziwiłam, a właściwie zaliczyłam opad szczęki, kiedy cioteczki zażądały...księdza- bo to był właściwy cel tej wizyty. Odmówiłam, zaczęła się histeria i groźby, że one i tak sprowadzą, że pogrzeb ma być katolicki. Wszystko to było nad głowa ojca, który BYŁ PRZYTOMNY! z uwerturą operową typu: "X (tu imię) no powiedz, powiedz, że chcesz" i szarpaniem za bezwładną rękę. Ustąpiłam-widziałam rozsierdzone, kompletnie nieprzemakalne kobiety, widziałam całą sytuację: ojca, który SŁYSZAŁ tę karczemną (moim zdaniem) awanturę. Wiedziałam też, że słowa dotrzymają i będzie awantura jak ta lala, że za chwilę zjedzie mi tu reszta katolickiej (a jakże) rodziny- ostatecznie rodzina z biskupem i kilkorgiem księżmi ŁATWO NIE USTĘPUJE. Zresztą, nie miałam już sił kłócić się ze starszymi kobietami (dwiema) nad łożem umierającego, jego samego też mi było szkoda. Wyszłam więc, same załatwiły tego księdza, zadzwoniły po mnie już po, nie wiem, jaka bajke mu sprzedały (pewnie taka, że wykorzystałam chorobę ojca, by go nie zapisać do tej parafii) zachowując się... jak gdyby nigdy nic. Mnie naprawdę już odebrało mowę, i do tej pory ta mowa mi nie wróciła (znaczy się: nigdy już z nimi nie rozmawiałam).
No i był ten pogrzeb katolicki. Z tymi księżmi z rodziny, pompa- a jakże.
Czuliśmy się z bratem (ŚJ) upiornie. Ani on z żoną ani moja rodzina -nikt z nas nie modlił się przy trumnie, nie żegnał, ust nie otwierał, wszyscy wiedzieli, że chowamy ateistę, który nie życzył sobie pogrzebu katolickiego (jawnie to głosił), ale nie zostawił na to kwitów (kwity i tak by raczej w tym przypadku nie pomogły, ciotki by nam chyba siłą wydarły zwłoki brata i pochowały po swojemu, takie mam wrażenie). Moja mama mówi, że wiało grozą-i od nas, i od reszty uczestników. Najbliżsi nad trumną stali jak kamienie: bez gestu religijnego a reszta się modliła. Za ateusza.
Kuriozum się dopełnia, kiedy się wie...iż to my (brat i ja) "załatwialiśmy" ten pogrzeb. Tak się bowiem złożyło, że ojciec przez tę przeprowadzkę wymknął się przydziałowi terytorialnemu parafii. Ze starej go wykreślili, a do nowej nie zdążył się załapać) kolędy nie przejmujemy, zatem ksiądz z nowej parafii się nie skapował, że jest nowy nabytek. No, ale jako że ojciec miał być katolicko pochowany w grobie rodziców, to potrzebna była zgoda aktualnej parafii na pochówek na cmentarzu innej parafii. No i brat ŚJ i ja ateistka, musieliśmy PROSIĆ dawnego proboszcza ojca o ponowne "zapisanie" go i udzielenie tejże zgody (no i płacić za to, oczywiście). Taaak.... to było silne przeżycie. Sam fakt, no i rozmowa z proboszczem, który doskonale pamiętał ojca, bo ojciec pozwalał sobie raz na jakiś czas "przyjąć: go kolędowo i uciąć sobie z nim dyskusję- satysfakcja "pogrzebowa" tego proboszcza była (jest)...niezapomniana. My, po przedstawieniu faktów- że ojciec i my zostaliśmy niejako zmuszeni do tego cyrku, ale najchętniej to byśmy ojca pochowali w oceanie, "zapisał"go, ale urządził nam jatkę w stylu: "przyszliście do mego kibla wodę pić", którą w końcu przerwał mój brat słowami nie do przytoczenia niestety (a brat jest człowiekiem spokojnym od urodzenia, z religii też jest człowiekiem nadzwyczaj spokojnym i opanowanym-kto wie, o co chodzi, to rozumie). Po wyjściu od miłego proboszcza ryknęliśmy pod jego drzwiami przeraźliwym śmiechem (nerwy nam puściły) aż się popłakaliśmy. Nie mogliśmy się uspokoić. Dorośli ludzie doprowadzeni na skraj, a wszystko dla absurdu, chyba podeślę tę historyjkę Tarantino... Niezapomniane.
Tak to wygląda-albo asertywność polegająca na szarpaniu się nad chorym, albo zabezpieczenia typu: testament, którego ojciec w tej materii nie sporządził, bowiem rzecz wydawała się JASNA. Od tego czasu mamy wszyscy (moja mama, brat, ja i nasze rodziny) wpisane w testamenty odpowiednie uregulowania. No i jedyny bonus tego jest taki, że ciotek nie widziałam na oczy od śmierci ojca, z tego co wiem, brat też. Na grób ojca nie chodzimy, bo po co, a niech sobie wezmą i ten grób z krzyżem, nam starczy pamięć o ojcu.
Tak to wygląda. Minęło 7 lat, a jak było nam dziwnie z tym wszystkim, tak jest.
I teraz kwestia- w czym ateiście miałby przeszkadzać jego katolicki pogrzeb, nieprawdaż...A tym bardziej jego ateistycznym dzieciom.
Ktoś podpowie? Czy może wszystko jest ok?