Witam,
Proszę o radę konkretną.. ja sama nie wiem jak się ogarnąć. Straciłam taką odwagę życiową i chęć walki jaką kiedyś posiadałałam o cokolwiek.
Zacznę może od małżeństwa jestesmy ze sobą 8 lat a 12 razem. Bywało różnie. Mąż już na samym początku zawiódł moje zaufanie i to konkretnie. Miał dział. gospodarczą i nie powiedział ze ma długi, że zatrudnił kogoś z rodziny na czarno, że nie rozlicza sie z US, Zus. To była firma transportowa. Gdy wszystko wyszło na jaw i komornik zapukał, jego tłumaczenie było jedno nie mogłem Ci powiedzieć bo by wyszło na Twoje, ze miałaś rację że to nie ma prawa bytu. Wolał kłamać jak pies. Nie wiem, czy to ma związek ale zawsze miał matkę mocno kontrolującą, nie znoszącą sprzeciwu taką ograniczającą na nic nie pozwalała nigdy. Mąż był jak sie potem okazało w liceum pośmiewiskiem, bo matkę mimo, że stać było na jeansy i adidsasy to popylał w trampkach i dresach. A te lepsze ubrania były na ndz. Takie zachowania skutkowały tym, że mąż kompulsywnie zaczął kupować elektronikę, owoce np. 2kg zje winogron, mandarynek na raz, bo w domu mimo dobrej sytuacji finansowej owoce byly wydzielane, po 1 sztuce, a zacytuję tesciową: nie dotykać bo reszta jest dla ojca. Tak jest do dziś, choć mąż ma młodszego brata i ta jednostka potrafiła walczyć.
Znając historię męża z domu, nie chcialam powielać zachowania tesciowej i nie kontrolowalam męża ufając mu w pełni. Gdy zaczęły sie poważne problemy finansowe, to ja bylam tą złą bo nie pilnowałam męża.Kurcze, a co to pies? Wtedy w oczach rodziny usłyszalam, ze meża to sie wychowuje. Koniec, końców wychodzimy na prostą.
Mąż zmienił pracę na wyjazdową( prezentacje medyczne w hotelach w polsce)jakoś ciągnełam, choć cieżko mi bylo i pracować i samej wychowywać nasze dziecko gdy ten wyjeżdzał na 10, 14 dni a potem okolo tygodnia miał wolnego. Było wszystko ok, gdy jezdził z rodziną. Potem to się urwało, miał szukać innej pracy, to leżał na kanapie i gapił sie w sufit, ja pracowałam wtedy ale jako można życ za 3/4 pensji pracownika biurowego.
W końcu się ogarnął i znów zaczął jezdzić z innymi ludzmi, wyjazdy znacznie dłuższe, lepsza kasa i palma panu mężowi odbiła. Dosłownie. Poczuł się królem i panem świata. W sensie, że zaczął pić po pracy, imprezować, kłócić się perfidnie ze mną.. ile ja nerwów straciłam. Słowem zmienił się, zaczął mi wyłaczać telefon na 2- 3 godziny. Czułam podskórnie że zdrada jest kwestią czasu. No i sie doczekalam. Przyjechał pewnego razu odmieniony, jakby dowartościowany i zaraził mnie grzybicą przenoszoną drogą płciową. Nigdy w 100% sie nie przyznał, ale wiem że toto sie z kosmosu nie wzięło. Wziełam go podstępem nie odzywalam sie jak wyjechał, on pisał listy.. oboje wiedzieliśmy ze coś sie zadziało.. powiedzialam, że mu wybaczam, że nie obchodzi mnie skąd i co itp. On sie popłakał i powiedział dziękuję.
To teoria, a praktyka juz nie byla taka różowa, co jakiś czas wracalam i kłotnie byly a potem on wpadał w histerie. Powiedzialam stop, nie mogę go ciągle traktować jak świnię.
Po tym wszystkim widzę, jak sie stara, jak sie zmienił. Samo to wydarzenie, dalo mi na tamten czas takiego kopa, schudlam 8 kg, bo mialam 2 wyjścia albo zachlać sie na śmierć, albo albo.. ćwiczylam cale noce gdy dziecko poszło spac na słuchawkach. Nie mialam siły zaprowadzić dziecko do szkoły. Dałam radę i wylizałam się. Poszłam na podyplomówkę, skonczylam wymagane praktyki w placówkach, za mną 1 semestr zaliczony pozytywnie i liczę ze od września znajdę pracę w edukacji. ( nie pracuję juz 2 lata)
Mąż przez pół roku pracował na miejscu, choć bylam zła, ze wychodzi o 8 a wraca po 20 to jednak był w domu wieczorami, obecnie znów musial wrócić do systemu wyjazdowego np jedzie na 20 dni, a jest w domu 10 i tak w kółko. Nie daję rady psychicznie... ja nadal nie mogę pogodzić się z tą pracą wyjazdową jego. Gdy wyjeżdzał to oboje płakaliśmy. Cholernie staram sie mocno nie wracać do jego wyskoków, nie sykać złośliwie czy sie dobrze bawi? itp. jak mi się to uda, bedę z siebie dumna, ze przez caly jego wyjazd nie wróciłam do przeszłosci.
Problem mam ze sobą, ze mam jakieś dziwne lęki... dostalam propozycję wolontraiatu w jednej placówce gdzie mialam praktyki z szansą na zatrudnienie. Na początku się ucieszylam, a teraz? Tysiąc myśli... na nie, a wiem że chce wyjść do ludzi, bo same zjazdy na Uczelni to nie wszystko.Myślę o kupieniu malego auta bo prawko mam juz 3 lata, ale znów lęki, czy sobie poradzę, bo przecież mąż pracuje na czarno... a oszczędności mamy( na szczęscie!) a co jak nie będzie pracował? Wiem można sprzedać auto zawsze... nie mam sił, na sprzątanie, o siebie jako tako zadbam, ale kupiłam ost. 3 lakier do pazurów i stoja i patrzą się.... nie pomalowalam ich nie mam weny

ja wiem ze to bzdura, ale tak sie czuję...
Chyba dopadły mnie demony przeszłości bo zbliża się rocznica z wyskoku męża. Żeby nie było, że jestem taka święta to w ramach zadośuczynienie odnowiłam kontakt z bylym znajomym z ex pracy i spotkalismy sie kilka razy na kawie. On podziałał na mnie jak swoista terapia. Od razu chciało mi się żyć, ale nie nie wdaję sie w romans, bo pan kiedyś chciał, ja nie chciałam a teraz nie nie chcę sobie komplikować życia.
Ja wiem, że życie toczy się dalej, że musze byc niezależna ( wroćić do stanu z przeszłości, gdzie nie było dla mnie spraw nie możliwych do wykonania) że z meżem czy bez niego sobie poradzę. Nie mam sił... mialam nawet myśli by przerwać studia ale do sierpnia i koniec i mam papier. Mam kasę, mogę zrobić zakupy ubraniowe, ale nic mnie nie cieszy. Wiem i widze że mąż sie stara bardzo nie mogę narzekać, ale to mimo, że cieszę sie to na dłuższą metę nie ma znaczenia. Żyję jak za szybą. Już myślałam, że wyszłam na prostą a tu znów zonk.To chyba przez to, że znów zaczął wyjeżdzać...
Dziewczyny proszę o radę jakąkolwiek... jak zacząć żyć.... ja nie poznaję siebie...