aakita
09.06.13, 22:48
do wczoraj byłam w nieplanowanej ciąży. Na kilka tygodni moje życie wywróciło się do góry nogami, ponieważ moje emocje były całkiem odmienne od emocji najbliższych. Byłam pełna obaw, złości, niepewności, żalu i rozgoryczenia a wszyscy wokół gratulowali, snuli plany i przepełnieni byli euforią. Tygodnie mijały a ja nadal nie czułam się dobrze psychicznie. Wszyscy wiedzieli jaki mam stosunek do tej ciąży. Ucinałam wszelkie próby radosnych uścisków, mówiłam wyraźnie, że nie mam powodu do radości, ja jestem zła i nie jestem gotowa na takie reakcje.
Założyłam nawet wątek - zalała go fala krytyki w temacie antykoncepcji i braku odpowiedzialności: nie masz odwagi brać tego na klatę i takie tam.
Otóż odwaga to jedno, bo gotowa byłam wyświadczyć tą przysługę ludzkości jednak 'ludzkość' nie dostrzegała, iż działo się to moim kosztem i wbrew mi. Liczyłam w duchu, że może wszystko się zmieni jak zobaczę dziecko ale brak tej pewności nie nastrajał mnie zbyt optymistycznie. Wiedziałam też, że mam gigantyczne wsparcie, lecz w mojej perspektywie nic to nie zmieniało. Odpowiedzialnie więc zmieniłam dietę na zdrowszą, zaczęłam łykać folik tylko dziura w głowie pozostała.
No i wczoraj... Poczułam ulgę, naprawdę. W jednej chwili odzyskałam moje dawne życie i spokój. Rozwiązała się masa moich problemów. Pomyślałam, że natura jest jednak mądra. Niniejszą wiadomość oznajmiłam światu i z całą pewnością dało się wyczuć, że spadł ze mnie wielki ciężar. No i dowiaduję się właśnie, że to wszystko moja wina a teść się popisał: zawiodłem się na tobie bo tak czekałem na wnuka (ma same wnuczki).
Od początku tłukłam wszystkim do głowy, że za wcześnie na takie wizualizacje, żeby nie przyzwyczajali się do tej myśli bo raz - nie jestem najmłodsza, dwa - choruję na tarczycę, trzy - ogólnie zaleca się 'radość' po pierwszym trymestrze.
Tak sobie myślę, że gdybym od pierwszego dnia zaprezentowała obłudną postawę radości i oczekiwania na nowego członka rodziny a dziś byłabym w głębokiej depresji po stracie ciąży - mieściłabym się w tzw. normie społecznej.
Teraz słyszę, że rozczarowuję i jestem nienormalna.
Bo ja to wszystko na złość światu zrobiłam nie? Specjalnie. Tak sobie lubię nadwyrężać swoje zdrowie psychiczne i ciało.
Czy to, że moje emocje miały przeciwny biegun niż większość czyni ze mnie nienormalną?
Nie raz przekonałam się, że szczerość nie popłaca. Muszę mieć to w nosie, jeśli mam przetrwać. Jeśli mam patrzeć na swoje odbicie w lustrze - to muszę być prawdziwa ja, niezależnie od tego, czego oczekują ode mnie inni.
Abstrahując od tematu ciąży (to było po prostu dobry przykład) - czy też to widzicie, że jeśli tylko cokolwiek odstaje od przyjętego kanonu zachowań zaraz jest uznane źródłem patologii i obiektem krytyki?