katiko
13.08.13, 11:57
Dziewczyny, widze ze napisalyscie bardzo duzo a ja nic.
Przepraszam. Odcieli nam net bo poprzedni lokator zapomnial nas poinformowac kiedy konczy sie umowa. On zapomnial zadzwonic a my nie podpisalismy na czas nowej umowy. Tak wiec internet mamy znowu dopiero od wczoraj w nocy. Ale tak padnieta juz bylam ze nie mialam sily na nic jak pasc na lozko i spac.
Od kilku dni biore leki na depresje i probuje nie znienawidziec mojego meza.
W czwartek przestawilam stojaca lampe z kewej strony sofy na prawa. Wieczorem, maz po karmieniu synka,uniosl go by go polozyc na ramieniu i unoszac go uderzyl glawa synka w metalowy pret lampy. Krzyk przerazliwy. Maz w szoku wyciagnal rece przed siebie dodatkowo potrzasajac malym.
2h pozniej maly po jedzeniu zwymiotowal (juz wczesniej wymiotowal po jedzeniu) a potem zasnal. Ja sugeruje by jechac na pogotowie by sie upewnic, ze wszystko ok a maz na to, ze jestem przewrazliwiona. Ze nie widac nigdzie rany. Ze nic mu nie jest. Ze "syndrom dziecka potrzasanego" przeciez nigdy nie jest wynikiem przypadku. Ze mam sie uspokoic i nie siac paniki. Kolejny dzien maly prawie caly przesypia budzac sie czesto - jak od paru tyg z krzykiem. Je malo, 40-60ml, kiedy normalnie jadl juz 130minimum..
W piatek wczesnym wieczorem - z glupoty wlasnej - poparzylam sobie lewa dlon probujac podgrzac na miescie butelke z mlekiem. Maz na informacje, ze sie poparzylam i ze wracam natychmiastowo do domu by o nia zadbac sugerowal, ze sie nad soba roztkliwiam. W autobusie o malo co nie wylam z bolu. Po 2h trzymania dloni w wiaderku z woda i lodem, i przerazliwym bolu przy kazdej probie wyjecia jej z wody, stwierdzilam ze jade na pogotowie. Maz "kazdy z nas sie kiedys w zyciu poparzyl ale nie jechalismy z tym na pogotowie". Olalam i wzielam taksowke. Wrocilam z opatrzona reka, diagnoza poparzenia 2go stopnia i nakazem zgloszenia sie na drugi dzien na pogotowie. Jak i nakazem nie uzywania reki przez kilka dni, oraz z lekiem przeciwbolowym tramal i rada by nie karmic synka moim mlekiem bo sie przedostaje do mleka.
Co na to moj maz? Przytulil mnie(!) po czym stwierdzil, ze nie chce bym brala ten lek bo ustalilismy, ze dziecku dajemy mleko z proszku maksymalnie 2x dziennie. I ze przeciez nie boli mnie tak bardzo!
I - niby zartujac - prosi bym sobie wiecej nic nie robila bo potem wszystko spada na jego barki.
W pt poznym wieczorem maz po probach nakarmienia malego zaczyna sie stresowac, ze moze jednak cos jest nie tak.
W sobote rano jestesmy z malym na pogotowiu. Na szczescie usg mozgu nic nie pokazuje. Lekarka sugeruje, ze zmiana zachowania malego to wina stresu albo zaczynajacej sie infekcji.
A maz mi potem: widzisz, ze jestes nadopiekuncza? Nic mu nie jest.
Ja zostaje na pogotowiu a maz jedzie z malym na zakupy. Wraca ze slowami, ze robienie zakupow z malym to czyste pieklo "tak sie darl"
Czy musze dadac, ze maz kolejnego dnia stwierdzil ( weekend), ze skoro nic innego nie robie to bede go za kazdym razem karmic? On mi go i butelke laskawie poda?
Od dzis w nocy podnosze malego z zabandarzowana dlonia bo maz juz mi synka nie podaje. Bo przeciez jak chce to moge reki uzywac, nie? To nic ze bedzie sie dluzej goic...