Jestem sobie w odwiedzinach weekendowych u rodziców. Na co dzień mieszkam w innej miejscowości. Jest akurat też starszy brat /dorosły, zarabiający, l 36/ który z rodzicami mieszka ale obecnie większość czasu jest za granicą a teraz ma właśnie miesięczny urlop w pracy. Brat ma "swoje sprawy" do załatwienia, reperuje sobie samochód, załatwia różne inne osobiste rzeczy. Ja na c odzień zupełnie niezależna, mam pracę, mieszkanie, nic od rodziców nie biorę, odwiedzam ich bo to rodzice i cieszą się gdy dorosłe dzieci przyjeżdżają i z nimi trochę pobędą. Wiedząc, że rodzice już zaczynają podupadać na zdrowiu wzięłam się za gotowanie obiadu, zawsze tak robię gdy przyjeżdżam by mama odpoczęła w weekend, u nich jest zasada że świeży obiad z 2 dań codziennie musi być. Natupkałam się przy kuchni, zorganizowałam, ugotowałam, podałam, pomyłam gary. Ponad trzy godziny pracy mojej poświęconej dla ogółu. W moim jedynym wolnym czasie. Sama jestem na diecie więc nawet tego nie jadłam. Kolejne pół godziny byłam w domu ,i mama zauważyła, że "nic nie robię". Sama akurat drylowała śliwki. Więc mówi mi : idźże na piętro tam brat ma koszule poprane byś mu je wyprasowała. Mnie zamurowało. Bo co ja mam do koszul dorosłego brata? Czy kiedykolwiek ktoś prasował moje rzeczy? tylko dlatego, że ja bym się zajmowała swoimi sprawami to ktoś by przyszedł mi prasowanie zrobić? Jakoś sobie nie przypominam. Mówię, żeby przestała robić z brata kalekę, bo jest dorosły więc sam sobie wyprasować koszule umie i może. Mama się oburzyła, że wcale z niego niepełnosprawnego nie robi, że w domu: jest dość roboty dla mężczyzny i jeszcze się brat dość narobi (jakaś naprawa bramy-której brat nie zamierza tykać, ale mama sobie wymyśliła że on to zrobi).
I sama nie wiem jak określić te uczucia jakie poczułam.
Fakt kilku godzin pracy córki dla nich najwyraźniej to takie nic, zero wysiłku, zero zasługi.
Fakt hipotetycznej możliwej pracy syna dla nich to powód do usługiwania mu. I to usługiwania..... rękami i czasem córki...