jakiś czas temu mój małżonek odnowił na fejsie znajomość z koleżanka z liceum. raz ją kiedyś widziałam podobno. nie pamiętałam kompletnie (widać taka przeźroczysta mi się wydała). znałam dziewczę z opowieści, nie tyle męża, co jego kolegów (na dziesięciu, ośmiu z nią "chodziło" czytaj: bzykało - opowieści o niej krążyły dość długo, jako o niezrównoważonej emocjonalnie, łatwej imprezowiczce) w formie anegdotek, żartów i dowcipów zwłaszcza że jeden z kolegów, będący ostatnim w łańcuszku bzykania zapragnął się z nią ożenić, po czym w przyśpieszonym tempie brali rozwód.
no i jakiś czas temu mąż wspomniał, że odnowili kontakt, że owa pani ma dziecko w wieku chyba naszego syna, że jak zwykle nieszczęśliwa i niespełniona i że jak zwykle sama nie wie czego chce. jako, że mam swoich kolegów, podeszłam do tematu całkiem normalnie. ale raz czy drugi dotarło do mnie, że mąż sobie z koleżanką koresponduje smsowo czy też telefonicznie, z czym się nie krył absolutnie. w żartach wspomniałam naszej wspólnej koleżance o tym fakcie, a ona mi zrobiła wykład, że laska owa jest chora psychicznie to po pierwsze, że całe jej otoczenie wie, że jest zdolna do wszystkiego, że jest nieobliczalna, ma naturę dziwki i ogólnie że powinnam uważać, bo jest zdolna do wszystkiego, żeby tylko poprawić sobie poczucie wartości. upss... pomyslałam, po czym spotkałam kobietę. ja z mężem i dziećmi wychodziłam z pewnego przybytku kultury, ona wchodziła ze swoim dzieckiem. w sumie jej nie poznałam. ot.. małżonek wita się z jakąś ładną kobietą i gada z nią, jakby się znali sto lat. ona mnie pamięta, ja jej nie. do tego mam pms i nagły atak pragnienia kupienia sobie nowej kiecki. w tym celu wyszliśmy z przybytku kultury
zapominam o wydarzeniu, zapomniałam dawno o idiotycznych radach naszej wspólnej znajomej i przypadkiem. serio

. wpada mi w ręce komórka męża, którą bawię się na jego oczach i przypadkiem. serio, bo nie wiedziałam, że ma zainstalowaną apliakcję, wchodzę na fejsa, gdzie widzę ich korespondencję. a tam normalnie ta pani pisze, że ojeje, twoja żona nie wyglądała na zachwyconą naszym spotkaniem. mój małżonek odpowiada, że och, bo nie pamiętała, że jesteś taka atrakcyjna (czy jakoś tak), a ona, że hahahahahahahah ona też CAŁKIEM NIEŹLE (że WHAT? że ja "całkiem nieźle"?????!!!!!) wygląda i że ona to nigdy nie jest zazdrosna tak jak inne kobiety (WIADOMOOOOOO

) tylko, że wręcz sama się za innymi kobietami ogląda!!!!
i tu dotarło do mnie, że mam do czynienia z kobietą o tych samych umiejętnościach i z tymi samymi technikami manipulatorskimi (wydać się mężczyźnie taką super kumpelą, co to chętnie by trzecią do trójkącika zaprosiła i jeszcze by pytała: "och misiu... patrz, jakie ona ma piękne piersi, podotykaj je troszkę...
a ten misiu tak patrzy patrzy... i myśli... o jeeeej, a moja żona taka sztywna.... nawet popatrzeć nie daje....
i zamiast robić fochy, strzelać z czterech liter, ograniczać kontakt i ogólnie zniechęcać do niej, uświadomiłam mu że dokładnie to samo słyszał odemnie na pierwszych randkach
żal mi kobiety. wszyscy wokoło gadają o jej sytuacji i o jej popapraniu emocjonalnym (o moim dawno przestali, bo nie daję powodów do gadania o nim

) mój małżonek też tak raczej traktuje ją jak rodzaj "pikanterii" w naszym związku, albo miłą odmianę po moich wszechobecnych flirtach.
ale zaprawdę powiadam, jak zobaczyłam naocznie swoje własne sztuczki i techniki NLP to wpadłam w furię - nie z zazdrości o męża, ale z zazdrości o to że moje umiejętności są już tak powszechne.