Wiele razy słyszę i czytam, że dziecko "się wychorowało" w przedszkolu i w szkole już było normalnie, czyli chorowało dwa-trzy razy do roku. I tak się zastanawiam - poza niewątpliwym nabraniem odporności, a co za tym idzie, mniejszą grupą siejącą zarazę w szkole, czy nie ma na to wpływu fakt, że dzieci w szkole nie wychodzą w ciągu dnia na dwór? Przyprowadza się je i odbiera, co oznacza że jednak kontroluje się mimochodem, jak się toto pozapinało czy otuliło szalikiem. W przedszkolach niestety (przynajmniej tych, z którymi ja miałam i mam do czynienia) rzadko można liczyć na zwrócenie uwagi przedszkolanki na to, jak dzieciak się ubrał, czy spocony nie zdjął sobie czapki z głowy itd. Czy "wieczne zasmarkanie" dzieci przedszkolnych nie wynika trochę z tego?
Oczywiście piszę o młodszych klasach szkoły, nie o piątoklasistach