W kontekście spędzania świąt a także przypadku mężczyzny, który w szpitalu został namaszczony przez księdza- a był ateistą.
W kontekście wielu rozmów z M-agnostykiem- nie chrzczonym, nie bierzmowanym ,który kościół zna tylko z bytności w nim w czasie 2 ślubów i 1 pogrzebu, który nie rozumie "ducha świąt". M gdyby został "namaszczony" nie miałby nic przeciwko. Ja z kolei-wychowana w tradycji katolickiej a poza kościołem od ponad dekady-zrobiłabym chyba dżihad
Poza ty-nie potrafię nie myśleć o świętach BN bez kontekstu jakiejś duchowości-tradycji-podniosłego nastroju. Nie ma modlitwy, nie mam opłatka (mama przywozi ale rok temu dopiero po raz pierwszy nie dzieliliśmy się wszyscy ale ja rozdałam i złożyłam ogolne zyczenia).
Z jednej strony widzę "braki" M w odczuwaniu tychże, w wiedzy odnośnie kk, modlitw. Z drugiej strony sama się zżymam bo jak w tv leci msza-np. żalobna-to podświadomie powtarzam słowa modlitwy które mimo przerwy w bytności na mszach-doskonale pamiętam. Czuję się poszkodowana- bo jestem zindoktrynowana katolicyzmem, mam wyprany mózg-mimo że od niego odeszłam, on jakoś zawsze we mnie będzie-w pamięci, wspomnieniach

Nie mogę oderwać się całkowicie od wiary- mam swój system wierzeń -energia, kosmos, buddyzm- ale wierze bo inaczej nie umiem.
Rozumiecie?