Musiałam zaszczepić Młodszą. Kontakt z ośrodkiem zdrowia w obcym kraju, którego języka się nie zna może być stresujący zwłaszcza gdy tatuś w pracy. No nic, pojechałam z Teściową

Teściowa, choć 70letnia, dość szybko uporała się z dość zawiłymi formularzami w rejestracji.
Pierwsze koty za płoty. Okazało się, że możemy od razu trafić do lekarza, jeśli "chwilę" poczekamy. Chwila trwała 2 godziny, ale nie to mnie zaskoczyło. Dowiadziałam sie, że lekarze bezwzględnie wymagają tłumacza jesli rodzic nie mówi po hiszpansku.
Ku mojemu zdziwieniu, w przychodni był tłumacz z j. angielskiego. A więc problem rozwiazany! Babeczka siedziała przed gabinetem do którego czekałam z dzieckiem i
rozwiązywała krzyżówki. Najwyraźniej czekała na mnie

No to podchodzę z dzieckiem, teściową i wózkiem i pytam czy mogłaby tłumaczyc podczas wizyty. - Nie mogłaby, bo nie jestem Angielką. Ale jestem rezydentką Wielkiej Brytanii, tam mieszkam, pracuję, płace podatki - wymieniam na jednym tchu. A babka na to, że ona ma wytyczne, że
pracuje tu dla obywateli WB bo płaci za nią rząd Brytyjski, a o rezydentach nie ma mowy w wytycznych.
No nic, nie będę się kopać z koniem, pomocna pani tłumacz wraca do poszukiwaniem hasła na literę s, więc dzwonię do M, że tłumacz jednak niezbędny i musi przyjechac. M wsiada z kuzynem w auto (kuzyna) i po 20 minutach przyjeżdżają. Tym sposobem, z jednym niemowlakiem do szczepienia czekamy w 4 osoby koło biurka pani tłumacz bo tam najmniej zawadzamy innym (wnęka idealna na postawienie wózka). Zajętej pani tłumacz to najwyraźniej wybitnie przeszkadza bo zaczyna kreślić, mylić sie w rozwiązywaniu krzyżówki, aż nie wytrzymuje i pyta czy wszyscy jesteśmy tu niezbędni. Ja na to, ze owszem, potrzebuję dwóch tłumaczy bo takie sa wytyczne polskiego rządu - drugi poprawia pierwszego w razie gdyby ten pierwszy się pomylił. Mina kobieciny bezcenna