Pani dyrektor szkoły wezwała mię była na dywanik, albowiem mój syn (klasa III SP) przyniósł był do szkoły "Wielką księgę siusiaków" i okazał zachwyconym kolegom. Gdyż, jak spokojnie wyjaśnił, koledzy się domagali, a nie wszyscy u niego w domu bywają, więc im przyniósł i pokazał.
Zapytałam uprzejmie i z uśmiechem "a dlaczego???", na co pani dyrektor zaczęła przemowę o tym, że różni rodzice... różnie "uświadamiają"... nie życzą sobie... i ona ma skargi - od tychże rodziców - że kolega "uświadamia" wbrew woli.
Do pani dyrektor pretensji specjalnej nawet nie mam, bo wiem, że ona musi funkcjonować wśród rodziców i jak ona nie ma w programie "uświadamiania" (WTF???), to ona nie może pozwolić na uświadamianie na swoim terenie, bo zaraz jej wkroczy Straż przeciw Gender albo inne jakieś Hufce Jezusowe, i weź z nimi walcz. No sorry, taki mamy klimat, i ona jakoś musi sobie w tym radzić. OK. Ale ci rodzice mnie zaintrygowali.
Rozumiałabym całkowicie, gdyby przyniósł Hustlera albo jakąś inną formę pornografii. Rozumiałabym nawet chyba, gdyby tymi siusiakami usiłował gorszyć dziewczęta

Ale przyniósł chłopak legalną książkę z księgarni, w której żadnych bezeceństw jako żywo nie ma i która treściowo pewnie przypomina jakieś "O chłopcach dla chłopców" czy jak tam się tego typu publikacje nazywały "za moich czasów". I co, nie wolno? Kogo to gorszy?
Wy byście sobie nie życzyły? Znacie kogoś, kto by sobie nie życzył, żeby kolega przyniósł "Taaaką Książkę" do szkoły i pokazał jego dziecku? Dlaczego?