Pracuję w budżetówce, bardzo sobie szanowałam pracę. Urodziłam dziecko w zeszłym roku, w czasie ciąży nie byłam ani dnia na L4, pod koniec ciąży wykorzystałam własny urlop. Macierzyński wzięłam najkrótszy z możliwych, uprzedzałam o tym. Przed powrotem zasugerowano mi, żebym poszła na roczny (nie chciałam) albo wzięła tylko pół etatu (niby dla mojego dobra), ale nie stać mnie na to. Dowiedziałam się, że 2 pół etatu chciała dziewczyna, która zastępowała, kiedy byłam na macierzyńskim. Wróciłam, ale atmosfera jest beznadziejna. Bezpośrednia przełożona tylko czeka na najmniejsze potknięcie, a jak go nie ma, to wymyśla - w stylu, że coś mi powiedziała, a ja nie wykonałam polecenia (drobne sprawy, nie da się od razu tego brać "na piśmie"). Oczywiście koleżanki "nie widzą", żeby coś się zmieniło, niczego nie zeznają. Po pierwsze chcą pracować, po drugie dla nich atmosfera w pracy jest ok (dla mnie też była, dopóki protegowana szefowej nie potrzebowała 1/2 etatu)

Oceńcie proszę z boku - mam zbierać dowody na mobbing? Da się, skoro nie mam świadków? Pewnie zrobiłam źle nie godząc się na warunki stawiane przez szefową...