Mam wrażenie, że tego tematu na forum jeszcze nie było, a przynajmniej nie znalazłam..
Pytam się dziewczyn mieszkających w domach wielorodzinnych/blokach, czyli jakieś 10% forum, bo reszta to w willach domniemam

Ja Was lubię naprawdę, czasami mam takie specyficzne poczucie humoru
Jakie macie stosunki z sąsiadami? Czy poświęcacie swój czas, pieniądze (chociażby w formie telefonów do zarządcy/spółdzielni), aby wszystko w Waszej nieruchomości grało? Chodzi mi o ładnie przecięte trawniki, żywopłoty, wyplewione chodniki dojściowe itp.
Ja to robię, stale od kilku lat, nie potrafę olać, przechodzić codzinnie koło wysokiej trawy, wchodzić do brudnej zniszczonej klatki schodowej, nie mieć miejsca parkingowego, tak więc zrobiłam sporo w tym zakresie poświęcając masę swojego czasu, aby to zmienić. Obecnie otoczenie nieruchomości wygląda bardzo ładnie, schludnie, wyróżnia się wśród innych bloków, w środku też jest wyremontowana część wspólna.
Obrazek idealny.. Ale mam straszny problem z sąsiadami, generalnie prowie nikt nie odpowiada mi na codzienne pozdrowienia, co jakiś czas ktoś coś hamskiego mi powie, np. wczoraj w stylu, że był tu spokój dopóki się nie wprowadziliśmy, plus wiązanka długa personalna, bez sensu, której tu nie przytoczę.... Ktoś inny kiedyś powiedział, że ustawiam ludzi itp, kiedy prosiłam o parkowanie samochodów tak, aby w rządku zmieściło się siedem aut, a nie pięc (bo tak Pani parkowała notorycznie seicento...).
Generalnie ludzie nie doceniają tego, że ktoś robi wszystko co w jego mocy, aby nieruchomość była zadbana, funkcjonalna, wzrosła jej wartość. Dla mnie to nie do pojęcia, że ludzie tego nie widzą, że podobał im się poprzedni stan, czyli podwórko zasrane z rozwaloną piaskownicą, brak miejsc parkingowych, krzywy ochydny chodnik, klatka schodowa sprzed kilkudziesięciu lat, dach w potrzasku, na klatce brudne, obcięte na kolanie firanki itp itd.
Ku mojemu zdziwieniu jestem za te prace i dążność do zmian ku lepszemu cały czas bojkotowana, poniżana, nie jestem w stanie tego pojąć. Niby teoretycznie ogarniam, że ludzie mają różne mentalności, ale jak tu mam konkretny przykład, to naprawdę nie ogerniam i żyję w ciągłym stresie, jak wychodzę i mogę się na nich natknąć. Oczywiście jest też bojkot sąsiednich bloków, z zazdrości, źle pojętej solidarności z moją wspónotą "kolegami od piaskownicy" ??
Macie podobne problemy? Jak byście się zachowywały na moim miejscu? Chodzi mi o traktowanie ludzi, nie oleję sppraw nieruchomościowych, nie potrafię, żyć w syfie, niestety..